sobota, 13 września 2014

~XXII~ Dlaczego ona...

- Tenshi, Tenshi... - zaśmiał się Jones, torując mu drogę. - Naprawdę sądzisz, że puszczę cię stąd samego?
- Sądzę - uśmiechnął się krzywo, po czym postawił krok w bok, chcąc wyminąć pirata i tym samym zakończyć rozmawę. Dayvy szybkim ruchem zacisnął boleśnie szczypce na ramieniu czarnowłosego. Ten jednak ani drgnął. Zmierzył tylko mackowatego chłodnym wzrokiem, czekając, aż raczy się odezwać.
- Uwierz mi. Dopóki nie dostanę swojej zapłaty, ty staniesz się do tego czasu częścią statku.
- Głupszy, niż ustawa przewiduje - prychnął pod nosem Tenshi. - Skąd będziesz mieć pewność, że jednak nie uciekłem?
- Ja nie muszę mieć pewności. Ona będzię ją mieć - uśmiechnął się podle pod nosem, po czym gestem ręki wskazał na smukłą, kobiecą sylwetkę, która oparta o burtę przyglądała się obu.
- Ależ oczywiście, że dopilnuje.
Czarnowłosy zmrużył oczy, przez dłuższą chwilę z niedowierzaniem przyglądając się jej. Co ona tu robiła? Dlaczego właśnie ona... Kim była? W tym momencie ani trochę nie przypominała tej, która po raz pierwszy stanęła na jego statku.
   Prychnął zły pod nosem, po czym wyminąwszy Jones'a - zniknął w kajutach.

czwartek, 4 września 2014

~XXI~ Pierwszy oficer

Patrzyła beznamietnie na ludzi przed nią.
-Więc... Tenshi... Gdzie moje dusze...?
Chłopak poprawił kapelusz i wzruszył ramionami jakby chodziło o coś niewielkiego.
-W takim razie... -kontynuował- co powiesz na taki układ... Ja biorę dziewczynę na pokład i masz miesiąc... Inaczej nie ma nawet cienia szansy, że ją odzyskasz...to jak?
-Nie ma mowy!
Załoga znacząco zaprotestowała, tylko Białowłosa stała nieruchomo, jakby była w swoim świecie. Mackowaty podszedł do niej i chwycił za ramię.
-Idziemy...
Pociągnął ją w stronę swojego statku.

***

Wepchnął ją do swojej kajuty. Dziewczyna w ostatniej chwili oparła się o organy. Wszystko było mokre i obślizgłe.
-W coś ty się wpakowała mała... Czemu to ten debil dowodzi Perłą?! -krzyknął uderzając pięścią w stół.
-...A co niby miałam zrobić, hę?! Ta dziwka Kalipso zmieniła mnie w niewolnicę!
-Nie mów tak o niej! Życie ci nie miłe?!
-Patrz jaka niespodzianka!
Patrzyła na niego z wyrzutem.
-Wiem, że możesz mi pomóc...zmień mnie...We mnie...
-W ciebie... -mackowaty zamyślił się - na razie ogarnij się, wykąp , przebierz... Wiesz gdzie co jest...
Wyszedł bez słowa. Stała, milcząc patrzyła na podloge, która nie wzbudzała zaufania. Jeden z owoców morza przyniósł jej ubrania, i nawet na nią nie patrząc położył je na stole.

***

-Trzymaj kurs... -powiedziała pewnym głosem wchodząc po schodkach. Czarne wysokie buty stukaly o pokład, ciemny płaszcz powiewal na wietrze a białe włosy związane w warkocz sięgały prawie do kolan. Poprawiła kremową koszulę.
-Nowy, huh?
Zerknęła na wystraszonego rudzielca. Ręce mu się trzęsły. Sprawiając, że ster kręcił się raz tak, raz tak. Załoga wymiotująca marchewką była mu wdzięczna.
-Nie trzęś się tak galareto... Ja cię nie zjem...Ale kraken...
Powoli przeniósł na nią wzrok, widziała ze panika powoli ogarnia jego ciało. Oczy zrobiły się większe. Z krzykiem wskoczył do morza. Ku uciesze załogi oczywiście. Zajęła jego miejsce.

środa, 30 lipca 2014

~XX~ I Ja! Kapitan Jack Sparrow!

Kraken...
Zmarszczyłem czoło, opierając dłonie o burtę. Do moich uszu dochodziły wciąż to nowe dźwięki, tym razem pochodzące z otchłani mórz. Wzburzone fale natarczywie uderzały o dziób statku, jakby chciały go zmiażdżyć. Pod stopami czułem lekkie kołysanie, gdy mój wzrok wędrował tymczasem daleko, gdzie na powierzchni wody dryfowały pokruszone deski, zwęglone już przez ogień, a nawet ludzkie ciała, bądź ich nienaturalnie wykręcone części.
- Co teraz? Przypłynie tu i zabije nas!
- Musimy coś zrobić!
Usłyszałem za sobą podniesione głosy, które z każdą chwilą próbowały przekrzyczeć siebie na wzajem. Westchnąłem ciężko, po czym odwróciłem się szybko, spoglądając na wszystkich.
- Płyniemy do najbliższego lądu - oznajmiłem, sam schodząc pod pokład. Poczułem, jak ogarnia mnie przyjemny chłód bijący od ścian, a w uszach rozbrzmiewa cicha melodia wygrywana przez fale bijące w podłogę. Szybkim krokiem przeszedłem niewielki korytarz i znalazłem się w kajucie. Omiótłszy wzrokiem pomieszczenie, złapałem za mój notatnik, oraz kompas, który leżał w szufladzie. Ostatni raz spojrzałem na mapę leżącą na stole, po czym opuściłem kajutę...
     Jako pierwszy postawiłem stopę na złocistym piasku jednej z wysp, która wcześniej malowała się na horyzoncie. I jako jedyna mogła zostać przez nas zbadana... Inne albo były zasiedlone, albo nie dało się do nich dopłynąć. Jednym słowem - kraken i jego zabawa w podtapiacza. W końcu wyszło się z otchłani po tysiącu lat to trzeba zaszaleć.
- Coś mi tu nie pasuje.. - mruknąłem pod nosem, rozglądając się po zewnętrznej części wyspy. Niby wyglądała normalnie. Piasek, palmy, liście, woda, muszelki, rybki, jebane kraby. Coś było jednak nie tak...
   Kątem oka spojrzałem w stronę statku, gdzie na stały ląd raczyła zejść Bezimienna w towarzystwie swojego wielkiego obrońcy Jimmy'ego. Prychnąłem cicho pod nosem, wywracając oczami. Jeśli mu się tak podoba to mogę dać mu kluczę do zapasowej kajuty. Jestem bezproblemowym człowiekiem.
- No, teraz możemy iść ogarniać wyspę! - Billy klasnął wesoło w dłonie, a na jego twarzy wymalował się szeroki uśmiech osoby skrajnie szczęśliwej.
- Stój - powiedziałem beznamiętnie, nie racząc go spojrzeniem. - Nie sądzisz, że coś tu jest nie tak?
Chłopak spojrzał się na mnie z widocznym zdziwieniem i zamrugał kilkakrotnie oczami. Widocznie próbował odgadnąć moje myśli, jednak jakoś marnie mu to wychodziło i w końcu zrezygnowany wzruszył ramionami.
- Co ma niby być nie tak? - burknął pod nosem. Chciał coś jeszcze dopowiedzieć, jednak wyprzedził go głuchy odgłos strzału. Kula z prędkością światła przeleciała tuż obok głowy Billy'ego i wbiła się w deskę, która wydała z siebie cichy trzask.
   Błyskawicznie wyjąłem zza płaszcza rewolwer, który wycelowałem w pierwszą, lepszą osobę, którą napotkałem na swojej drodze.
- Elizabeth Swann - mruknąłem, a na moich ustach pojawił się kpiący uśmieszek.
- Shi no Tenshi...
- Davy Jones...
- William Turner...
- I Kapitan Jack Sparrow! - uśmiechnął się szeroko i poprawił wąs. - Czyli ja we własnej osobie.
Wywróciłem oczami, nadal jednak nie opuszczając broni... Z resztą jak cała pozostała czwórka. Nikt nie odezwał się jednak słowem. Jedynie rzucaliśmy sobie na wzajem wrogie spojrzenia, co jakiś czas zmieniając obiekt celów. Gdy jednak krępująca cisza zaczęła nam doskwierać, opuściliśmy nieco rewolwery i zaczęli głośno śmiać, jakby ta scena była tylko kpiną i niezłym żartem.
- Dobra, koniec zabawy - warknąłem, znów podnosząc broń do góry... Jak cała reszta oczywiście. Moja mina znów nie wyrażała nic, poza obojętnością.. i może lekkim zirytowaniem tym wszystkim.
- Tenshi, kope lat! - nagle do moich uszu dotarł znajomy, kpiący głos. Odwróciłem wzrok w tamtą stronę, gdzie moje oczy napotkały na obślizgłą postać Jonesa.
- Matka natura nadal poskąpiła ci w urodzie? - uśmiechnąłem się podle.
- A gdzie moje dusze, co? Parszywy kłamco?! - warknął, wymachując mackami na lewo i prawo, co dodawało temu wiele... uroku. Naprawdę...
- Dusze? Jakie dusze? - udałem zdziwionego. - Może porozmawiajmy...


                                         

wtorek, 29 lipca 2014

~XIX~ Kraken

Białowłosa pomrukiwała przez sen przewracajac się z boku na bok. We śnie płynęła pod powierzchnią wody odganiając wszystkie ryby, płynęła szybko jakby na wezwanie swojego pana. Jedynym śladem, który za sobą zostawiała były małe fale rozchodzace się po tafli wody. Przed nią był jakiś statek, bandera czy ludzie nie mieli dla niej znaczenia.
Wiatr ucichł. Przyczaiła się pod statkiem, a gdy wszyscy byli zajęci jedzeniem, jej długie macki zaczęły oplatać maszty. Statek niebezpiecznie się kołysał, a korsarze latali po pokładzie jak marne manekiny. Poczuła ukłucie na jednej z macek, jakiś YOLO mężczyzna starał się ratować statek, po chwili i inne macki były atakowane. Byli jak małe natretne robactwo. Nic nieznaczące mrówki. Wolną "kończyną" zamachnęła się, bardziej naparła na maszty łamiąc statek jak małą gałązkę. Jedzenie samo wpadało do jej pełnej zębów paszczy, zabarwiając wodę na piękny szkarłatny kolor...

Płynęła dalej. Kilka razy zatrzymała się na małe co nieco, zostawiając tylko kilka desek. Każdy ma swoje grzechy, nie ma człowieka, który byłby czysty. Ona jest grzechami, złem, diabłem i demonem tych mórz. To ona decyduje, który statek pomyślnie zawinie do portu, a który spotka się z dnem. Przez lata była uśpiona, lecz teraz została przyzwana by uregulować dług...

wtorek, 15 lipca 2014

~XVIII~ Statek na horyzoncie

   Przekręciłem głowę w bok, uniemożliwiając uporczywym promieniom słonecznym wniknięcia do moich tęczówek. Dzisiaj jak na złość piekło ono niemiłosiernie i nie dawało nawet zmrużyć oka na kwadrans. Co rusz budziłem się, wyrywany ze snu jak z błędnego amoku i powracałem do szarej rzeczywistości przypominając sobie wydarzenia sprzed paru godzin, które niczym złe fatum powracały do mnie i zalewały mnie nie przyjemną falą zimna.
   Westchnąłem ciężko i chcąc, nie chcąc, zostałem zmuszony do przerwania błogiej sielanki i podniesienia swych doczesnych zwłok z materaca. Po tym, co wydarzyło się niemal parę godzin temu, nadal w głowie huczał mi donośny głos Jim'a. Tego idioty, który nie dość, że kłamał, to jeszcze krył tą dziewczynę. Dziewczynę, która w tym momencie leży nieprzytomna, ozdobiona kroplami własnej, zaschłej już krwi. Kogo by to jednak obchodziło? Na pewno nie Shi no Tenshiego. Nie mam uczuć, nie potrafię kochać, współczuć, czy cieszyć się. Kiedyś potrafiłem. Potem wmówiono mi, że są to jedynie zbędne dodatki do życia codziennego, które sprawiają, że ludzie traktują cię jak jednego ze swoich. Ja już dawno przyzwyczaiłem się do tego, że nikt nie traktuje mnie jak człowieka. Kogoś, z kim można normalnie porozmawiać. Przyzwyczaiłem się...
- Nie jest z nią dobrze. Coś długo nie chcę się wybudzić.
W ten usłyszałem przytłumiony odgłos jednej z rozmowy, która toczyła się na korytarzu tuż za drzwiami. Zainteresowany, cichym krokiem zbliżyłem się do drewnianej bariery, która dzieliła mnie od dwójki piratów. Oj, mamo. Wiem, że to nie ładnie podsłuchiwać.
- Wiem. Szlag by trafił jego i te pieprzone "rządy" - prychnął mocno słyszalnie i kopnął w przeciwległą ścianę.
- Gdybym mógł, to dawno bym odszedł.
- Więc czemu tego nie zrobisz? Sam zastanawiam się nad tym. Dlaczego by po prostu nie odejść. Nic nas tu nie trzyma!
- Owszem. Weź jednak pod uwagę sam fakt, że ten sukinsyn ma układy z Jonesem. Kto wie, jakie. Nie jest kimś bez czarnej historii, tak samo, jak i my.
- Tak samo, jak i my - westchnął. Potem rozmowa ucichła, nie słyszałem już nic. Być może zorientowali się, że nie są sami, a ktoś perfidnie wyłapuje każde ich słowo, każdy szept.
   Przewróciłem oczami i odszedłem od drzwi, postanawiając trochę się ogarnąć. Trochę, czyli w tym wypadku przeczesać palcami krucze włosy i nałożyć coś na siebie. Rutyna przemawia do mnie każdego dnia, a ja potulnie jej słucham.
   Zimna woda, której krople znalazły się na mojej twarzy, zdołała rozbudzić mnie do reszty, Zamrugałem kilkakrotnie oczami i spoglądnąłem w niewielkie lustro.
- Jebać to - skwitowałem i wyszedłem z kajuty. W chwilę potem poczułem jak owiewa mnie dość przyjemny, ciepły wiatr. Wplątał się w kosmyki włosów, układając je na swój artystyczny sposób. Taki artyzm bez artyzmu. Zawsze tak było.
   Rozejrzałem się po pokładzie, chcąc ogarnąć wzrokiem wszystko, co napotkam na swojej drodze. Ku mojemu zdziwieniu, dzisiaj wszyscy pracowali w zupełnej ciszy. Każdy wykonywał swój obowiązek, nie odzywając się słowem do nikogo. Gdyby zastanowić się nad tym dłużej, mi to nawet na rękę. Przynajmniej nie muszę wysłuchiwać ich ciągłego narzekania na wszystko i wszystkich dookoła. A w szczególności na moją osobę, którą wprost uwielbiają.
- Kapitanie..
Nagle tuż za sobą usłyszałem lekko drżący i niepewny głos. Odwróciłem się, mierząc wzrokiem pokładowego informatora. Moja mimika twarzy ani na chwilę nie zmieniła się, ukazując jedynie względną obojętność i jakże ciekawe zainteresowanie tym wszystkim. Gestem więc nakazałem mu, aby kontynuował swoją mowę, którą sam sobie przerwał.
- Jeśli chodzi o zapasy, są w normie. Niedługo wypłyniemy na głębiny. Powinniśmy wykazać się szczególną ostrożnością, zwłaszcza, że nie mamy żadnych informacji o Krakenie.
- Kraken... - wymruczałem pod nosem, widząc przed oczami obraz tego zbereźnego potwora. Na samą myśl o jego obślizgłych mackach przypomniała mi się pewna osoba o równie parszywym obliczu. Właśnie, miałem zbierać duszę... Hm, potem się zrobi.
- Kapitanie!
- Czego znowu... - warknąłem, odwracając się gwałtownie w stronę jednego z piratów.
- Jakiś statek na horyzoncie!

sobota, 5 lipca 2014

~XVII~ Początek zapomnienia

Statek niebezpiecznie zakołysał gdy Białowłosa uderzyła głową o kant stołu, a jej nieprzytomne ciało spadło na ziemię. Zamurowało go. Patrzył jak powoli z jej skroni wypływa krew. Ledwo wyleczyła jedną ranę na głowę, a tu kolejna. Jim słysząc odgłosy kłótni ruszył w ślad za kapitanem. Gdy zobaczył dziewczynę odepchnal Shi no Tenshiego na bok.
-Coś ty zrobił!?
Milczał.
-Chodzi ci o pokład? Ja go sprzątam! Daj jej wreszcie spokój...
W oczach miał niebezpieczne iskierki, czekał tylko na okazje by zabić fałszywego kapitana. Wziął ją delikatnie na ręce i położył w swojej "kajucie".

Słońce powoli chowało się pozwalając nocy zapanować nad wodami i lądem. Chmury leniwie płynęły po niebie obserwując tych wszystkich ludzi, lekki wiatr wplatał się we włosy piratów przeszkadzajac ukończyć pracę. Mgła otaczała statek czyniąc go niewidocznym.

-Co z panią Kapitan? - Harry kołysał się na stołku bawiąc własnymi palcami.
-Na razie jest nieprzytomna... Opatrzyłem ranę, ale nie wygląda to za ciekawie...
-Nie martw się Jim.. -Billy dokończył swój przgdzialowy sucharek - ten statek się na nim zemsci...

czwartek, 5 czerwca 2014

~XVI~ Znów płyniemy

Zamknąłem klapę, zabierając tym samym z mojego tajnego miejsca ciepłe promienie słońca. Ostatni raz rzuciłem okiem na wyspę, po czym wolnym krokiem ruszyłem w stronę statku. Wiedziałem, że na wyspie nie jestem po raz ostatni i jedyny. Jeszcze tu wrócę. Choćby znów stanę się jej gubernatorem po wszech czasy i będę pił rum, aż do utraty przytomności i śpiewał pirackie pieśni, hej.
- Kapitanie, wszystko gotowe do wypłynięcia – oznajmił jeden z marynarzy, wtaszczając na pokład jedną z ostatnich skrzyń z ładunkiem. Posłałem mu ukradkowe spojrzenie i kiwnąłem tylko głową na znak, że całkowicie rozumiem przekaz.
     Po drewnianej, trzeszczącej nieprzyjemnie kładce, wszedłem na pokład. Rozejrzałem się uważnie, omiatając wzrokiem cały statek wraz z załogą. Czegoś mi brakowało. Dokładniej kogoś. Kogoś, kto od początku nie budził we mnie zaufania, był zbędnym balastem, a na dodatek – kobietą. Kobieta na pokładzie przynosi pecha. Teraz już wiem, dlaczego to właśnie je wyrzucano za burtę.
- Gdzie.. ona.. jest – wysylabizowałem, kładąc nacisk na każde słowo. Zachowywałem jednak przy tym do przesady anielski spokój i cierpliwość. Dość dziwne zjawisko, jednak nie chciałem denerwować się bezpodstawnie już na samym początku pojawienia się na statku po przeczesywaniu wyspy.
- Jaka ona? – spytał Jim, kręcąc się przy linach.
- Czyli nikogo takiego, kto miał tu być nie widziałeś? A może nie zauważyłeś braku osoby płci żeńskiej?
Chłopak wzruszył ramionami, a jego mina była tak tępa, jak noże w kuchni. Machnąłem lekceważąco ręką, mrucząc coś pod nosem. Nie chcąc tracić więcej czasu skierowałem swe kroki w stronę drzwi prowadzących pod pokład.
- Tam nie!... – z jego gardła wydobył się głośny krzyk, który po chwili umilkł. Spoglądał na mnie wielkimi oczami, z których dało się wyczytać więcej, niż z gestów i ruchu ciała.
- Nie? – spytałem, przeciągając ostatnią literę. – Dlaczego niby?
Jim nie odpowiedział. Zamilkł, mrużąc zielone oczy i zacisnął pięści sprawiając, że jego ręce zadrżały. Prychnąłem cicho pod nosem, wiedząc, że i tak nie odezwie się już ani słowem. Powiedział, a raczej pokazał mi za dużo, abym mógł się teraz wycofać.
     Uchyliłem drzwi prowadzące do kuchni i stanąłem w progu, przyglądając się siedzącej na krześle dziewczynie. Gdy zauważyła mnie, wzdrygnęła się ledwo widocznie, blednąc nieco na buźce.
- Wolne? – spytałem krótko. – No, da się zrozumieć. Życie jest teraz takie ciężkie… - westchnąłem. Czułem na sobie jej wzrok, pełen niezrozumienia. Niezrozumienia i czegoś jeszcze. Ja natomiast tłumiłem w sobie złość.
- Daj mi wreszcie spokój, do cholery! – wybuchnęłam nagle, gwałtownie wstając z krzesełka, które pod wpływem siły prawie, że spotkało się z podłogą.
- Ja? Przecież ja ci nic nie robię. Ja tylko rozkazuję ci, abyś wykonywała swoje obowiązki.
- Właśnie, dobre określenie „rozkazujesz”!
- Nie wkurzaj mnie, śliczna – warknąłem, powoli tracąc spokój ducha. Ona jednak nadal swoje. Kobiety.
- Zamknij się wreszcie! – szybkim krokiem znalazłem się przy niej i złapałem za nadgarstek, uniemożliwiając ruch. Białowłosa na przekór mi zaczęła się wyrywać i szarpać. W końcu sam nie wytrzymując – puściłem. Chyba to nie był najlepszy pomysł… 

środa, 4 czerwca 2014

~XV~ A może by tak...

Statek został zakotwiczony niedaleko wyspy, a sam pan kapitan wraz z załogą popłynął łódkami na wyspę. Wydawał się zamyślony, może lekko zaniepokojony. Bezimienna, Bill, Harry, Jim i kilku innych zostało na statku. Białowłosa wciąż nie wychodziła z kajuty kucharza a dzielny Jim czyścił pokład.
-Lepiej jest jak ty gotujesz... Przynajmniej jest jadalne... -powiedział siadajac na zniszczonym krześle.
-Jak kobieta to tylko do kuchni tak?! -syknęła na co chłopak wzdrygnął się i zaczął szybko tłumaczyć, że to nie tak.
-Pograżasz się... -zanuciła bawiąc się piórem od kapelusza.-teraz gdy zeszli na ląd mam statek dla siebie... A może ich tak zostawić?...
-Shi no Tenshi ma twój kompas...
-To komplikuje sprawy..-mruknęła cicho pod nosem mrużąc oczy. -trzeba zdać się na Perłę... Ten statek się co zrobić... Nie bez powodu tutaj jesteśmy. Musimy czekać na okazje by wezwać Krakena... A potem tylko w stronę Latającego Holendra. Ciekawe ile warta jest dusza Shi no Tenshiego...

poniedziałek, 26 maja 2014

~XIV~ Ta wyspa

Poczułem jak coś mną niemile terpie, jakby chciało ramie urwać, a potem coś wesoło jebło. Warknąłem zirytowany, otwierając niemrawo powieki i rozglądając się zaspany. Pierwszą rzeczą, jaka rzuciła mi się w oczy, było miejsce, w którym się znajdowałem. Czyli ta sama kajuta, w której spędziłem ostatnią noc. Nq biurku walały się ołówki, zapisane kartki, jak i te czyste również, oraz pierdyliard map. Tuż obok biurka, na podłodze, leżały zgniecione, papierowe kulki. Wraz z kulkami dwa połamane ołówki. W końcu na czymś trzeba się wyżyć, gdy jest się samemu.
    Kątem oka zerknąłem na okno, przez które wpadały ciepłe promienie słoneczne i tworzyły na panelach jasne plamy. Jak zwykle było ciepło. Niedobrze.
     Po chwili zdecydowałem się podnieść z siedzenia i wyjść z kajuty. Jęknąłem jednak cicho, gdy nierozprostowane kości dały o sobie znać. Szybko uporałem się z tym problemem i ukazałem się światu.
- Co jest? - spytałem od razu na wejściu, nie witając się z nikim. Nie miałem po prostu humoru. Czyli jak zwykle. Dzień dobry.
- Dopłynęliśmy na wyspę - odparł kucharz, opierający się o burtę. - Zaraz wychodzimy na ląd.
- Już? Nie za szybko? Co to za wys... - zawiesiłem się na chwilę, wyglądając poza statek na złocisty piasek rozciągający się w dole. Chwila. Ten piasek. Ta roślinnośc. To położenie. To... Musi być ta wyspa. Chociaż nigdy nie sądziłem, że wrócę na nią nie dostając rewolweru z jedną kulką.
- Więc... Schodzimy? - spytał ktoś po dłuższej chwili ciszy.
- Ta. Macie na drogę żyletki, w plecaczku kanapki z drutem kolczastym, a jako picie trutkę na szczury. Powodzenia [...]
     Już od dłuższego czasu łaziłem bezczynnie po wyspie, szukając tego jedynego miejsca. Klnąłem co chwilę pod nosem, okładając rękami tutejszą roślinność w ramach wyładowania złości. Kiepsko mi jednak wychodziło, a cierpiały jedynie kwiatki.
- Gdzie to, kurwa, jest... - warknąłem, rozglądając się uważnie. Na pewno to musi być tu. W końcu to wyspa, której ostatnio stałem się gubernatorem. Znałem to miejsce jak własną kieszeń. No, ale czasami nawet w kieszeni może znaleźć się za dużo piasku.
- Mam cię... - usmiechnąłem się triumfalnie, pociągając za okrągłą kołatke, jakby wrośniętą w ziemię. Dało się słyszeć cichy trzask, a zawiasy puściły i klapa otworzyła się, ukazując głębokie wgłębienie w ziemi. Coś na wzór piwnicy. Wyciągnąłem z kieszeni zapałki i zapaliłem jedną, pocierając końcem o bok pudełka. Powoli, uważając, aby przypadkiem nie wyjebać orła, zszedłem na dół. Omijałem przy tym pajęczyny, machając rękami na oślep i mrużąc oczy, chcąciałem choć trochę przyzwyczaić je do ciemności.
- Jest rum - mruknąłem, wypatrując mnóstwo zakurzonych butelek. - Oraz są i notatki - sięgnąłem ręką po mały notes. Cały brudny, z kroplami krwi na okładce i gryzmołami w środku.
- Niektóre są sprzed paru lat. Pamiętam... - mówiłem sam do siebie, przekładając kartki. Wiedziałem, że kiedyś będę musiał to sobie przypomnieć...

~XIII~ Problemy z zapasami

-Pani kapitan... Udało nam się znaleźć pani rzeczy, Stare Ale.... Zawsze lepsze niż to... -Jim podał jej normalne ubrania. - i kapelusz...
Chłopak położył na stole jej kapelusz. Czarny ozdobiony piórami po jednej stronie.
-Dziękuję... Jednak w tym stroju nie będę mogła szorować pokładu..
-dlatego ja to będę robił... A Pani zajmie moje miejsce... Spokojnie, te bydlaki zjedzą wszystko. Tak.. nawet surową rybę... Próbowałem...
Białowłosa zaśmiała się pod nosem idąc do oddzielnej kajuty by się przebrać. Nadal była wychudzona, jednak dzięki staraniom Jima przypominała istotę płci żeńskiej, a nie wieszak...
-Ile mamy jeszcze zapasów?... -zapytała po chwili wychodząc i siadajac przy stole.
-Mało... Rumu nie ma... Woda się kończy... Jedzenie też...
-Tylko rumu mi szkoda... Damy radę. Perła coś wymyśli... Ufam tej łajbie...

~XII~ Nirvana

[ jestem spokojnym, pierdolonym kwiatem lotosu na tafli jeziora. Nirvana. Wagon pełny Tybetańskich, medytujących mnichów. Amen. ]

Rzuciłem Bogu ducha winnym ołówkiem o ścianę, na której roztrzaskał się w pół, na dwie części, które oddzieliły się od siebie i spadły na ziemię z głuchym, niezidentyfikowanym dźwiękiem.
- Ja pierdole... - warknąłem, spoglądając kolejny i chyba ostatni raz tej nocy na mapę. Nie miałem już ani odrobiny siły na dalsze studiowanie kontynentów i obliczanie szerokości i długości geograficznej. Nie mogłem wykrzesać z siebie nawet ani kszty ochoty. To wszystko tak bardzo nie miało sensu, że sam nie wiedziałem, co mam myśleć na ten temat. Perła po raz kolejny samoistnie zmieniła kierunek, płynac teraz na południowy zachód. Czyli w zupełnie odwrotną stronę, niż na wyspę, gdzie dotąd się kierowaliśmy. Tam mieliśmy wszystkie nasze zapasy, składowane do tej pory. Cały dzisiejszy dzień stałem przy sterze, chcąc nawrócić statek na dobrą stronę, jednak nicz tego nie wyszło.
- Co się dzieje... - mruknąłem, pocierając pulsujące skronie. A co, jeśli statek wyczuł, że to ja nie jestem jego kapitanem. Znając życie, będzię się chciał mnie pozbyć. Przykro mi, nie tak szybko.

niedziela, 25 maja 2014

~XI~ Jim

-Jutro wracasz do pracy Bezimienna....
Powiedział po chwili chłodno.
-A...Ale rana...
-Wykręcasz się od pracy...? W takim razie... -podstawił jej wiadro pod nos i szarpnął za ramię stawiając do pionu- dzisiaj wracasz do pracy...
Pchnął ją w kierunku schodków. Wyszła chwiejnym krokiem na pokład gdzie od razu zaliczyła spotkanie z ziemią. Na placach poczuła jak ktoś przechodzi po niej. Znów leżała nie mając siły wstać. Nagle ktos delikatnie ją podniósł. 

-Kiepsko wyglądasz Bezimienna...

Znała ten dotyk, ten głos.

-J...Jim...? 

Spojrzała niepewnie w twarz bruneta o zielonych oczach. Chłopak wzdrygnął się. Zapatrzył się w jej niezwykle oczy.

-P..Pani Kapitan... Szybko... Proszę za mną...

Pomógł jej przejść do kuchni pod pretekstem, że jest tam brudno. Posadził ją na krześle i podał miskę z zupą.

-Mmm...  Nie wiedziałam, że tak świetnie gotujesz... 

-Dzięki... Wiem, że kłamiesz, ale dzięki...

Usiadł przy niej i pogładził po policzku sprawiając, że przuybrały piękny różany kolor.

-Co się stało?...Co z tobą...?

-Gdy skradziono statek winą obarczyłam Kalipso. Za karę znów zmieniła mnie w niewolnicę...

-Znów?...

-Za grzechy mojej matki urodziłam się w innym ciele... A moje ciało kapitana zniknęło. Davy Jones mnie "odczarował"... Resztę znasz...

~X~ rozmowa bezimiennego z bezimienną

- A wy czego się gapicie? - warknąłem, piorunując ich wzrokiem.
- Coś jest nie tak z Perłą. Ze wszystkimi jest coś nie tak. Każdy to widzi i czuje - rzekł jeden z marynarzy, wyrzucając butelkę za burtę, która z cichym pluskiem wylądowała w falach.
- Wiem - westchnąłem po chwili i prychnąłem pod nosem, zdejmując kapelusz i zawieszając go na sterze. Czułem to i o tym właśnie myślałem co noc. Perła nie jest już tym samym statkiem, co kiedyś. Tylko dlaczego, co skłoniło ją do tego. Albo może kto. Przecież nie ta dziewczyna. Nie, na pewno nie ona.
- Cholera... - przeklnąłem pod nosem i szybkim krokiem ruszyłem w stronę drzwi prowadzących pod pokład. Położyłem dłoń na klamce, i nacisnąłem dźwignię, która zaskrzypiała cicho. Wszedłem do środka, a moją osobę nie ogarnęła już pospolita ciemność, tylko półmrok. Trochę światła dawała lampa naftowa postawiona na ziemi przy "łóżku" dziewczyny. Zerknąłem na nią kątem oka, a ona zwróciła na mnie swój wzrok. Teraz już nie spała, ani nie była nieprzytomna. Sam nie wiedziałem, czy mam się z tego cieszyć, czy nie.
- Widzę, że śpiąca królewna wstała - powiedziałem obojętnie, podchodząc bliżej wolnym krokiem. Dziewczyna widząc, jak kucam przy niej, cofnęła się do tyłu, nie spuszczając ze mnie wzroku. Zmrużyłem lekko oczy, spoglądając na nią.
- Rana. Nieźle przypieprzyłaś. Kim ty w ogóle jesteś?
- Niewolnicą... - odparła chłodno.
- Błąd. Jak masz na imię - zadałem pytanie, nie schodząc z obojętnego tonu. Białowłosa spuściła lekko głowe, a włosy zasłoniły jej twarz. Westchnąłem ciężko, wstając z miejsca.
- Skoro tak, będziesz bezimienna.
- Więc ty też jesteś bezimienny?
-..Nie. Chociaż, dla ciebie mógłbym...

~IX~ Pirackie ploteczki

-Nie sądzicie, że Perła inaczej się zachowuje...?
Jim, okrętowy kucharz oparł się rękami o barierkę patrząc na spokojny ocean. Harry zamilkł na chwilę i zaprzestał rozwiązywania lin. 
-Ten statek ma duszę... Coś musi jej nie pasować... A ty jak sądzisz Bill?
-Hmmm....- odezwał się po chwili poprawiając już lekko siwe włosy- Perła chce pozbyć się niepotrzebnych... Patrzcie... Najpierw Karl, którego mocny podmuch wiatru zdmuchnal za burtę, kolejny był Indie, który spadł na pokład z masztu gdy pomagał zwijać żagle. Perła wybija ich...
-Ich... Myślisz, że nas też chce wybić? -Harry popatrzył się na podstarzałego pirata.
-Nie, nas nie.. Domyślasz się dlaczego Jim, prawda?...
-Bo nas zna...-odezwał się po chwili, na co Bill tylko kiwnął głową dając mu zezwolenie, by mówił dalej -Zwerbował nas prawdziwy kapitan Perły, statek czuje, że został ukradziony i jest zła. Możliwe, że znów chce byśmy to my dowodzili, dlatego nas nie dotknie. Będzie nas chronić...
-Tak jak ta lina, znikąd gdy wpadłem do wody... -Harry ponownie wziął się za rozwiązywanie lin. Oni kiwnęli potwierdzajaco. Każdy z nich pamiętał czasy świetności Perły. Znajomości z kapitanem Latającego Holendra, wspólne zabawy na cześć Boginii Kalipso.
-Oczy mi krwawią gdy widzę tych nawigatorów... -Bill lekko zirytowany warknal pod nosem- Wschodu od zachodu nie odróżniają...
-Byłeś lepszym nawigatorem...-Harry też zirytowany odrzucił liny- też wolałbym wrócić na bocianie gniazdo... Pieprzone liny!
-Nie krzycz tak... I tak dostałeś świetną robotę...- Jim, jak zwykle spokojny i opanowany usiadł obok Billiego- Mnie z pierwszego oficera zjechali aż do kucharza... Nie mówiąc o tym, że jedyne co potrafię ugotować to woda na herbatę...
Piraci parskneli śmiechem upijajac kolejny łyk z butelki rumu.
-Oj! Jedna butelka na trzech to za mało! Panie kapitanie lepszy podział poprosz!

sobota, 24 maja 2014

~VIII~ Dzień dobry

- Gdzie ona, do cholery, jest? - warknąłem, schodząc ze schodków niżej na pokład. Jeszcze niecałą godzinę temu widziałem jej żywe truchło, szorujące pokład. Teraz znikła. Zupełnie tak samo, jak reszta załogi, siedzącej teraz pod pokłademą i opierdalającej się po całości. Weź tu z takimi wytrzymaj. Nie wspomnę, że oni myślą o mnie dokładnie to samo.
     Zszedłem niżej do ładowni, gdzie znów przywitały mnie ciemności istnie egpiskie. Warknąłem pod nosem, gdy przypieprzyłem kolejny raz łbem o lampę. Zajebiście. Tylko, gdzie ona jest?
     Znów po omacku wyszukałem zapałem, oraz czegoś, co można zaczarować ogniem. Względnie wybór padł na lampę, która zaatakowała mnie na wejściu, gdyż nic innego nie znalazłem. Nic innego i nic ogarniętego.
- Gdzie się zaszyłaś... - mruknąłem, wolnym krokiem przemierzając pomieszczenie. Nie wiedziałem dokładnie gdzie idę, ani na co mogę wpaść. Światło padało jedynie na odległość jednego metra ode mnie, co dawało marne rezultaty w poszukiwaniach.
     W ten jednak doszedł do mnie cichy szmer. Prawie, że niesłyszalny. Mi jenak udało się go usłyszeć. Zmrużyłem delikatnie oczy i pokierowany dźwiękiem, podążyłem za nim. Jakie było moje zdziwienie, gdy dostrzegłem w końcu nieruchomą sylwetkę niewolnicy. Leżała na podłodze, a z jej rany przy skroni skapywała świeża krew. Dzień dobry, piekło z tej strony.
- Cholera - warknąłem pod nosem, stawiając lampę na ziemi i podchodząc do dziewczyny. Wyglądała na nieprzytomną i właśnie taka była. Jeszcze lepiej...
    Zebrawszy siły, podniosłem ją z ziemi, przenosząc w inne miejsce. Nawet jednak nie musiałem się zbytnio wysilać, gdyż jej waga była równa tyle, co nic. W końcu zdecydowałem się ulokować ja na jej posłaniu gdzieś w innych częściach czeluści. I to opatrzyć. W końcu czyści pokład. Musi żyć. Chociaż gdyby się tak zastanowić, nie musi tu być. Kto inny może czyścić pokład.
     Sam nie wiedząc czemu, sięgnąłem po jakiś materiał, który zamoczyłem w zimnej, morskiej wodzie i przyłożyłem do jej rany.

~VII~ Fuj...

Szorowanie pokładu było ostatnią rzeczą, której potrzebowała. Jakiś debil idąc przewrócił wiadro z brudną wodą, która rozlała się po całym pokładzie. Westchnęła ciężko zaczynając pracę od nowa. Była głodna, wykonywała jedną z trudniejszych prac, a dostawała jakieś zlewki po posiłkach, którymi nawet szczur by pogardzil. Zakrecilo jej się w głowie. Tysiące barw przeleciało jej przed oczami. Upadła na kolana, ktoś zepchnął ją z pokładu i przeturlała się po schodach do ładowni. Poczuła ból a po chwili ciepło krwi spływającej po karku. Z trudem zwlekła się z ziemi i usadowiła na swoim miejscu. Po chwili poczuła jak żołądek podchodzi do gardła. Podleciala szybko do wiadra i zwymiotowała... Krwią..

~VI~ Niebo nie zapłacze

Obudziłem się dzisiaj dość wcześnie. Za wcześnie. Zbyt wcześnie. I o wiele wcześniej, niż zwykle. Na początku naszła mnie nawet ochota, aby pierdolić wszystko i iść spać dalej. Los jednak nie jest dzisiaj po mojej stronie, gdyż uporczywe słońce od razu zaatakowało mnie w ślepia robiąc niemiłe "suprajs mada faka". Taaa... Więc...
- Jak ja, kurwa, nienawidzę poniedziałków - wyjęczałem ochryple, przewracając się na drugi bok. Poniedziałkowy poranek w stylu: jestem marudnym dzieckiem, a mama zabrała mi słodycze. Czułem, że dzisiejszy dzień nie będzie należał do najmilszych. Zwłaszcza, że na całym statku cuchnie zgniłym mięsem. Jeśli ktoś znowu zapomniał posprzątać po zabawie, to wydłubie mu oczy i wsadzę głęboko do gardła, aby mógł zobaczyć swoje wnętrzności. Dzień dobry.
     Chcąc, nie chcąc - i tak zwlokłem się z łóżka. Po parominutowym ogarnięciu się, które pewnie jak dla mnie trwało wieki, wypełzłem ze swojej kajuty ukazując światu me niecne oblicze. Słońce napierdalało dzisiaj równo po oczach, nie dając ujrzeć nic przed sobą, ani chociaż dobrze się przypatrzeć. Nic, tylko wszędzie ładna pogoda. Czemu chociaż raz w życiu nie może popadać? Przecież deszcz jest fajny.
- Co się tu, kurwa, dzieje? - spytałem very kulturalnie tuż na wejściu. Wszyscy otoczyli kółeczkiem jakieś coś leżące na ziemi i podziwiające niebo z podłogi. Przepchałem się przez milczący tłum i spojrzałem na zmasakrowane truchło, leżące na ziemi. Od razu poznałem w nich jednego z nawigatorów. Z wydłubanymi oczami, naciętą skórą, ozdobionego ślicznie krwią. Któż mógł mieć taki gust?
- Kto to zrobił? - zadałem podstawowe pytanie. Liczni i nieliczni pokręcili tylko głowami, patrząc po sobie z widoczną niewiedzą. - Nie wiecie, że sprząta się po sobie? - dodałem po chwili, wzdychając ciężko. - Sprzątnijcie to, nim ulegnie tu rozkładowi.
Ostatni raz rzuciłem okiem na truchło, aż w końcu podszedłem do steru. Sięgnąłem dłonią do kieszeni płaszcza, gdzie napotkałem okrągły kształt, który był kompasem. Wyjąłem go, zawieszając w powietrzu na dłoni tuż przed samą twarzą. Zmrużyłem delikatnie oczy, spoglądając w niego z czystą ciekawością i z czystym zamyśleniem.
- Nawet ty nie masz dzisiaj humoru? - mruknąłem, wzdychając zrezygnowany. Zamknąłem małą klapkę, wrzucając go ponownie na swoje miejsce. - Przyprowadźcie ją.
Dwóch mężczyzn kiwnęło tylko głowami, znikając na chwilę w ładowni. Nim zdążyłem się zorientować, popchnęli białowłosą niewolnicę tak mocno, aż ta upadła na podłogę, wydając z siebie bolesny jęk.
- Ją też mamy wywalić za burtę?
- Nie... - odparłem po chwili. - Skoro już tu jest, to musi się do czegoś przydać.
- Zgwałcimy ją?
- Spalimy?
- Wykorzystamy seksualnie?
Uniosłem lekko jedną brew, spoglądając na nich jak na debili. Widząc moją minę, wydali z siebie zrezygnowany jęk.
- Chodziło mi o szorowanie pokładu, zboki - mruknąłem, podpierając głowę na ręce. Po chwili jednak przeniosłem swój wzrok na dziewczynę, zastanawiając się, kim tak naprawdę jest i co tu robi.

~II~ Shi no Tenshi

   Niebo z wolna zmieniało swój naturalny, błękitny kolor, na płonący szkarłat pomieszany z pomarańczą. Zjawisko to widziane było wtedy, gdy nadejść miała jedna z jedynych godzin, kiedywreszcie zrobi się spokojniej. Delikatne obłoczki mknęły sobie powoli, tknięte ledwo co wyczuwalnym podmuchem wiatru, który dzisiaj na szczęście nie sprawiał kłopotów. Tłum ludzi począł znikać z ulic, chcąc schować się w swych domostwach zanim jeszcze cień nocy przejmie swe panowanie. Jedynie w gospodach nadal dało sie słyszeć głośne rozmowy, śmiechy, przekleństwa, oraz charakterystyczne dźwięki tłuczonego szkła. Czyli to, co margines społeczeństwa lubi najbardziej i gdzie najbardziej lubi przesiadywać. Pijaństwo było na porządku dziennym i chyba każdy mógł zgodzić się z twierdzeniem, że mianem największych pijaków oskarża się właśnie piratów. Czyżby tylko piratów?
- Co za nonsens... - mruknąłem pod nosem, możliwie wygodnie rozkładając się na mostku tuż przy porcie. Ciemny kapelusz przysłaniał mi widoczność na świat, spadając na naturalnie opaloną twarz. W zębach gryzłem zmiętolone już źdźbło trawy, które po chwili złamało się w pół, nie nadając do użytku, a ja wyplułem je z ust. Dzień dziś należał do wybitnie nudnych, toteż opierdalanie się przy porcie i wsłuchiwanie w przygłuszony szum morza było jednym z najciekawszych rzeczy do roboty. No, może oprócz obserwowania strażników, których zadaniem było doglądać statków, aby nikomu przypadkiem nie przyszło na myśl ukraść jakiegoś. Ukraść? Pff... Kto byłby taki głupi... Oprócz mnie?
   Po dłuższej chwili bezczynnego siedzenia, w końcu zdecydowałem ruszyć dupe. Zeskoczyłem ze swojego dotychczasowego siedzenia i rozprostowałem dotąd nieruchome kości, które zatrzeszczały cicho. Zmrużyłem delikatnie oczy, gdy odsłoniwszy kapeluszem twarz, moje oczy zaatakowały ostatnie promienie słoneczne. Przeklnąłem cicho pod nosem, osłaniając dłonią czoło i rozglądając się wokoło. Ludzi coraz mniej, jednak nie tyczyło się to straży portowej. Czy oni, kurwa, życia nie mają?
   Wolnym krokiem ruszyłem w stronę najbliższej gospody. Przy okazji rozglądałem się przy tym ciekawie, gdy nagle mój wzrok napotkał przybity do spruchniałem belki list gończy. Zrobiłem gwałtowny zwrot i podszedłem do ów plakatu, który bez ceregieli przedstawiał moją mordę.
- Mam aż taki duży nos? - prychnąłem, w duchu śmiejąc się z tych idiotów, który nazywają siebie marynarką. Długo idzie im coś szukanie mnie i łapanie, a i wsadzeniu do pierdla to nie wspomnę. Mi to na rękę.
"Poszukiwany Shi no Tenshi. Martwy lub żywy. Wysokie wynagrodzenie."
Westchnąłem cicho, jeszcze przez chwilę spoglądając na swój własny portret, aż w końcu zbliżywszy się do gospody, pchnąłem mocarne drzwi, które uległy i rozwarlwy się na oscież.
   Już na początku uderzył mnie głośny, wszechobecny hałas. Powietrze w budynku przesiąknięte było zapachem tytoniu, oraz alkoholu. Wszystko tu było skrajnie zepsute. Tak samo jak i ludzie, którzy tu przychodzili.
   Podszedłem do baru, po czym zasiadłem a jednym z wysokich krzeseł. Uniosłem wzrok ku górze, poprawiając kapelusz, aby móc lepiej spojrzeć na wysoką, skąpo ubraną dziewczynę o czarnych, nieprzenikliwych oczach i burzy ciemnych loków na głowie.
- To, co zawsze... - rzekłem krótko, a barmanka kiwnęła tylko głową.
- Dawno cię tu nie było. Jakieś interesy? - spytała po chwili zaczepnie, stawiając przede mną kufel z napojem procentowym.
- Interesy? - uniosłem lekko jedną brew. - Cóż, owszem. Jednak nie jestem tu na miłych pogaduszkach.
- Jak zawsze - usmiechnęła się pod nosem.
- Statek niewolników. Wypływa dziś na wyspe upadłych aniołów. O której?
Dziewczyna nachyliła się nad barem, opierając łokcie o blat, po czym szeptem syknęła do mojego ucha:
- Za godzinę. Nie spóźnij się - przejechała delikatnie palcem po moim policzku, z powrotem wracając na swoje miejsce. Kiwnąłem tylko lekko głową, jakby było to oczywiste i sam wstałem z miejsca. Poprawiłem kapelusz, ostatni raz lustrując pomieszczenie krytycznym wzrokiem, aż w końcu zdecydowałem się je w końcu opuścić.
     Słońce prawie całkowicie zaszło już za linię horyzontu. Jedynie pojedyńcze promienie czasami zdołały ostatni raz musnąc czyjeś powieki, zanim znikły. Statek przy którym stałem nazywał się "Ulotna Dusza" i to on miał za zadanie przewozić niewolników na wyspę, gdzie następnie zostali straceni, badz zostawiani na pastwę losu, gdzie pożerały ich dzikie bestie, bądź umierali z głodu. Słyszałem, jak ktoś krzyczał niezrozumiałe mi słowa, oznajmiając reszcie swoje zadania. Każdy śpieszył się jak mógł, chcąc zdążyć na swoją kolei i możliwość wejścia na statek. Wszechobecny chaos był tak przytłaczający, że przez chwilę nawet pomyślałem o tym, aby spierdolić stąd jak najdalej. Szybko jednak rozwiałem wątpliwości, gdy wreszcie dane było mi wejść na pokład.
     Statek nie różnił się niczym od pozostałych, pospolitych. Trójżaglowiec z nierówno pomalowanymi deskami, których farba powoli wyblakała. Wszystko, chociaż niby nowe - wydawało się jakby miało co najmniej z tysiąc lat.
- Ej, ty tam! - ktoś krzyknął i po chwili zorientowałem się, że krzyczy właśnie do mnie. Warknąłem cicho pod nosem, ukrywając swoją irytację, po czym zachowując znudzony wyraz twarzy, odwróciłem się w stronę idącego do mnie mężczyzny.
- O co chodzi? - spytałem, poprawiając kapelusz.
- Ty pewnie jesteś tym od inspekcji ładunku, mam rację?
Nie myśląc nic więcej, kiwnąłem głową. W końcu nie musiałem sam wymyślać przekrętu, kim jestem i co tu robię. Jak do tej pory los mi sprzyja.
- Więc marsz pod pokład! - warknął, świdrując mnie morderczym wzrokiem i tocząc z pyska piane. Kolego, to się leczy. Długo i kosztownie, kurwa.
     Wykonałem powolny zwrot w drugą stronę, krok po kroku przybliżając się do niewielkich, drewnianych drzwi prowadzących pod pokład. Chwyciłem za klamkę, po czym nacisnąłem dźwignię, która zaskrzypiała głosno i niemiłosiernie. Tak, ten statek to jednak gówno.
     Pierwsze co rzuciło mi się w oczy, to... Właśnie, nic nie rzuciło mi się w oczy, oprócz całkowitej ciemności. Byla ona tak gęsta, że nie widziałem nawet swojej szabli przypiętej do pasa, z którą praktycznie w ogóle się nie rozstaje. Po omacku więc zacząłem macać ściany
w poszukiwaniu jakiegoś światła. Jakiegokolwiek. W końcu moje dłonie natrafiły na szorstki w dotyku materiał. Zmrużyłem delikatnie oczy, a w głowie i przed oczami pojawiało się tysiące obrazów wizji, co to może być. Zdecydowałem się jednak i szarpnąłem ów materiał, który okazał być się jedynie zasłoną. Do pomieszczenia wpadła spora ilość światła, która ożywiła nieco tę dziurę. Na podłodze rozlały się jasne plamy, w których wirowały drobinki kurzu, a cień skrył się nieco dalej.
- Chociaż tyle - mruknąłem pod nosem, rozglądając się po ułożonych w skrzyniach i pakunkach towarach. Wszystko wyglądało bardzo atrakcyjnie, toteż nie musiało przecież tak szybko zmarnować. W końcu ktoś musi to przetestować i sprawdzić czy jest trwałej jakości. A nie kto inny jak ja?
     W ten dotarł do mnie przyciszony szmer. Coś jakby.. Szuranie łańcuchów po podłodze. Zdziwiony wolnym krokiem zacząłem zbliżać się do najciemniejszej części pokładu. Dokładniej tam, skąd pochodziły odgłosy. Chcąc zobaczyć coś więcej, zgarnąłem z pułki lampe naftową. Wyszukując w kieszeni płaszcza pudełko zapałek, wyjąłem jedną z nich i magicznie sprawiłem, że lapma zaczęła świecić. Uniosłem ją nieco wyżej, chcąc rozświetlić półmrok panoszący się przede mną i powoli stawiałem kroki dalej, upewniwszy się wcześniej, że na nic nie wpadłem i nie wpadnę. Mój wzrok nagle przykuło coś dziwnego. Coś ludzkiego, skulonego w kącie jednej z cel. Człowiek? Słyszałem, że już od wielu lat statek ten nie przewoził niewolników. A więc jednak i ta plotka się nie sprawdziła.
     Podszedłem nieco bliżej, stawiając lampe na podłodze tuż przy kratach.
- Więc czym jesteś? - spytałem obojętnym tonem, podpierając głowe na ręce. Postać obruszyła się delikatnie, zwracając głowe w moją stronę. Dopiero teraz mogłem przyjrzeć się dokładnie tej niewolnicy. Dziewczyna otóż miała bladą buźke o delikatnych, hiszpańskich rysach, "przyozdobioną" licznymi siniakami i zadrapaniami jak zarówno reszta jej ciała. Na twarz i policzki opadały kosmyki kiedyś białych, teraz brudnych i posklejanych krwią włosów sięgających ramion. Duże, opuchnięte oczy okalane długimi rzęsami. Na sobie miała jedynie potarganą, błękitną sukienke. Obraz nędzy i rozpaczy.
- Kim ty... Jesteś... - wypowiedziała ochrypniętym głosem.
- Kim ja jestem? Raczej kim TY jesteś... Niewolnikiem? Świetnie się składa - powiedziałem, zanim dziewczyna zdążyła wejść mi w słowo. - Mam nadzieję, że przypadnie ci do gustu mój statek..

~IV~ Ty tam siedzisz, ja rozkazuję

- Szoruj ten pokład, mała. Sam się nie wyczyści.
Wyszedłem po drewnianych schodkach z ładowni na pokład, omiatając wzrokiem wszystkich dookoła. Niektórzy przyglądali mi się spode łbów, mrużąc z irytacją oczy, a jeszcze dla innych moja obecność tutaj w tej chwili była obojętna. I Vice Versa.
- Jak daleko do celu? - spytałem, podchodząc do jednego z nawigatorów. Mężczyzna podrapał się po głowie, wyciągając z kieszeni kompas, a w powietrzu rozkładając mapę. Nie racząc mnie swoim spojrzeniem, pomruczał coś pod nosem, zastanawiając się nad czymś dogłębnie. A może po prostu tylko udawał, że się zastanawia, chcąc wyjść na wielce obeznanego. Przykro mi, marzenia się nie spełniają. Wszystko ludzie na tym statku to debile i idioci. Niektórzy może wiedzą więcej, niż przeciętny człowiek może wiedzieć. Dlatego właśnie trzymam ich tu. Chociaż jest jeszcze ta dziewczyna. Zabrałem ją tylko dlatego, że statek musi ktoś w końcu ogarnąć. Ona nadaje się do tego idealnie. Ciekaw jestem, kiedy zedrze sobie skórę z tych delikatnych rączek.
- Cóż, według moich obliczeń, to gdzieś za dwa dni - mruknął i znów podrapał się po głowie.
- A według moich obliczeń, za trzy dni - wtrącił się drugi nawigator, drąc się na cały ryj i strasząc okoliczne mewy.
- A według moich obliczeń, to ty nie masz wcale obliczeń - przewróciłem oczami, spoglądając na niego znudzonym wzrokiem. Chłopakowi zszedł uśmiech z twarzy i ponownie wrócił do swoich obowiązków, nie odzywając się ani słowem. Reszta załogi zarechotała pod nosem, wymieniając ze sobą szeptem swoje poglądy na temat tej sytuacji. Ja puściłem to koło uszu i podszedłem do burty, spoglądając na rozciągający się przed nami szeroki ocean. Dzisiaj był spokojny. Aż za bardzo, co było dziwne, gdyż ostatnio burze i sztormy mocno dawały o sobie znać. Może tym razem poszczęści się nam i dopłyniemy bez większych przeszkód i niepowodzeń.
- Wyspa powinna być już niedaleko - powiedziałem, opierając się dłońmi o drewnianą barierkę i przez chwilę zamyślając nad czymś głęboko. Miałem dziwne, prześladujące mnie przeczucia, które nie mogły odejść. Gdzieś w mojej podświadomości krzyczał cieniutki głosik. Krzyczał, oznajmiając śmierć. Nie było to dziwne. Każdy, kto wypływał w morze musiał mieć świadomość, że prędzej czy później i tak umrze.
     Moje głębokie i jakże ciekawe myśli przerwał donośny ryk jednego z marynarzy.
- Durne szczenie! Przyłóż się do swojej pracy!
Zerknąłem ukardkiem w tamtą stronę, wypatrując między dwoma idiotami sylwetkę białowłosej. Skulona, klęczał na kolanach, zasłaniając się rękoma przed zadawanymi jej ciosami w głowe i plecy.
- Dość - powiedziałem donośnym głosem, chcąc zwrócić na siebie ich uwagę. Tak też się stało. Zdziwione pary oczu zwróciły się dokładnie w moim kierunku, zaprzestając swojej zabawy.
- Jeśli ktoś ma ją tu karcić, to wyłącznie ja - mówiąc to podszedłem do dziewczyny i złapałem ją za ramię, postawiając do pionu. Niewolnica o mało co nie spotkała się z podłogą, tracąc równowagę. Szarpnąłem ją za sobą, ponownie lokując pod pokładem.
- Na dzisiaj koniec...

~V~ Czarna Perła

Wszystko ją bolało. Białe jak dotąd włosy przybrały kolor brudnej, wyblakłej czerwieni. Sukienka była potargana jeszcze bardziej, kolana, łokcie i dłonie zdarte do krwi. Powolne ruchy statku przyprawiały ją o mdłości. Nienawidziła siedzieć pod pokładem. Chwiejnym krokiem zbliżyła się do przestrzeni między skrzyniami a ... Skrzyniami, gdzie było jej "posłanie", czyli szalone kilka starych szmat, które ukradła. Westchnęła ciężko układając się w miarę wygodnie.
Noc. Usłyszała jakby szmer. Otworzyła oczy i zaspana wyszła z ładowni. Naokoło statku unosiła się gęsta mgła. To był TEN statek.
-Perła...
Szepnęła przejeżdżając ręką po drewnianej barierce. Wiatr, dusza Czarnej Perły, rozwiała jej włosy, jakby witając z powrotem.
-Co on z tobą zrobił...
Rozejrzała się w poszukiwaniu ozdobień przy burtach i drzwiach, teraz bardziej obrzydzały niż, jak kiedyś, cieszyły oczy. Czarne, dziurawe żagle, które działały, zastąpiono nedznymi purpurowymi. Perła z szybkiego statku pirackiego przerodziła się w ciężką bryłę z trudem utrzymującą się na wodzie, ze zbędnym ładunkiem.
-Nawet kołowrotki zniszczyli... I oni chcą nazwać siebie piratami?...
Kołowrotki te służyły do przyczepienia Perły do innego statku, oczywiście o tak wszyscy woleli na chama wbijać się (dosłownie) z haków. Właśnie... Haki...
Popedziła spowrotem pod pokład sprawdzić czy i to zniszczyli. Uśmiechnęła się pod nosem stwierdzając, że tego nie używali. Albo o tym nie wiedzieli. Gdy spowrotem weszła na pokład stwierdziła jeszcze jedną zmianę. Nie było tajemniczych, metalowych wgłębień, które uznane za wadę zapewne zostały usunięte.
-Hej ty! Mała! Nie boisz się tak w nocy chodzić sama? Coś mogłoby ci się stać...
Mięśniak, ten sam co kilka godzin temu ją pobił, szorstką łapą pogładził ją po policzku rozdrapując ranę. Syknęła odpychając go od siebie.
-Kogo ja widzę... Nie pamiętasz mnie... To ty wrzuciłeś mnie do morza. Obiecałam, że będziesz cierpieć... I dotrzymam słowa...

czwartek, 22 maja 2014

~III~ "O Bogini Kalipso..."

Nie wiedziała co powiedzieć, miała nadzieję na wolność a zamiast tego nadal jest niewolnicą tylko na innym statku. Pan w ciemnym kapeluszu uśmiechnął się podle i gwałtownie szarpnął ją za włosy zmuszając do wstania.
-Gotowa na sprzątanie pokładu? Miejmy nadzieję...
Szarpnął ją za ramię i wyprowadził z ładowni. Oczywiście zaczął kląć na wszystko gdy uderzył się głową o wiszącą lampę naftową. Jaka szkoda...
Ludzie nawet na nich nie spojrzeli gdy wymykali się po cichu. Minęli kilka innych statków, gospodę, kilka domów.
W świetle księżyca malował się cień ogromnego statku. Miał zwinięte żagle i delikatnie kołysał się na falach. Wyglądał jak zwykły statek... Tylko ludzie... Bez ceregieli gdy tylko weszli po kładce na pokład wrzucił ją do ładowni.
-Witamy w nowym domu... Do rana ładownia ma błyszczeć...
Zatrzasnął za sobą małe drzwiczki, które wydały z siebie nieprzyjemny skrzyp. Dziewczyna opuściła głowę i nie wypowiedziała ani jednego słowa. Białe kosmyki opadały na twarz. Dopiero po chwili powiedziała cicho:
-O Bogini Kalipso... Powiedz co mam zrobić...

środa, 21 maja 2014

~I~ Dziewczynka w kremowej sukience

Noc dopiero się zaczynała. Lekki wiatr wplątywał się w krótkie białe włoski dziewczynki. Małej, związanej, bezbronnej...
-Nie drzyj się tak dzieciaku! Durne szczenię!- Jeden z mężczyzn stojących nad nią bez ceregieli kopnął ją w brzuch sprawiając, że dziewczynka z piskiem skuliła się w kłębek.
-Powiedzieliśmy coś! Zamknij pysk szczeniaku!
Wzięli ją za podartą kremową sukienkę i wyrzucili do morza. Fale ją pochłonęły, widziała wszystko w zwolnionym tempie. Błyskawice, szum wiatru a potem cisza. To nieprzyjemne uczucie gdy nie możesz nabrać tlenu. Otaczała ją tylko woda. Patrzyła zamglonym wzrokiem na swoich byłych oprawców, przyrzekając zemstę, cierpienie i błaganie o litość.
Zamknęła oczy...

czwartek, 2 stycznia 2014

Prolog


Czarnowłosy chłopczyk stojąc na kamiennych schodkach, podziwiał wielkiego, drewnianego potwora zacumowanego tuż przy porcie. Intensywnie niebieskie oczy błyszczały z zachwytu jak dwie gwiazdki, a na twarzy tkwił wymalowany wesoły uśmiech. 
- Tatusiu, mogę płynąc z tobą? - spytał z nadzieją, że odpowiedź rodziciela będzie zadowalająca. Mężczyzna uśmiechnął się tylko poczciwie do swojego jedynego syna i pochylając się nad dzieckiem, rozczochrał jego bujne włosy. 
- Przykro mi Shade, jesteś jeszcze za mały na takie rzeczy. 
- Ale ja chcę! Jestem odważny, nie boję się rekinów! - tupnął nogą, marszcząc śmiesznie nos. Mężczyzna zaśmiał się pod nosem, kręcąc z politowaniem głową. 
- Jak wrócę to obiecuję, że my dwaj tylko popłyniemy na największą wyprawę naszego życia, zgoda? 
- Tylko my dwaj? - uśmiechnął się malec. 
- Pewnie. A teraz muszę już iść. Opiekuj się mamą i pamiętaj, co ci mówiłem - rzekł, wkładając w rączkę malca medalion w kształcie łzy. - Oddasz mi go dopiero, gdy wrócę. 
- Super! - kiwnął szybko głową, szczęśliwy z prezentu, po czym pomachał za oddalającą się sylwetką ojca. Wtedy widział go już ostatni raz...
Życie to pojęcie względne...
Zazwyczaj to tona smutków...
I w chuj dużo nieszczęść...