- Szoruj ten pokład, mała. Sam się nie wyczyści.
Wyszedłem po drewnianych schodkach z ładowni na pokład, omiatając wzrokiem wszystkich dookoła. Niektórzy przyglądali mi się spode łbów, mrużąc z irytacją oczy, a jeszcze dla innych moja obecność tutaj w tej chwili była obojętna. I Vice Versa.
- Jak daleko do celu? - spytałem, podchodząc do jednego z nawigatorów. Mężczyzna podrapał się po głowie, wyciągając z kieszeni kompas, a w powietrzu rozkładając mapę. Nie racząc mnie swoim spojrzeniem, pomruczał coś pod nosem, zastanawiając się nad czymś dogłębnie. A może po prostu tylko udawał, że się zastanawia, chcąc wyjść na wielce obeznanego. Przykro mi, marzenia się nie spełniają. Wszystko ludzie na tym statku to debile i idioci. Niektórzy może wiedzą więcej, niż przeciętny człowiek może wiedzieć. Dlatego właśnie trzymam ich tu. Chociaż jest jeszcze ta dziewczyna. Zabrałem ją tylko dlatego, że statek musi ktoś w końcu ogarnąć. Ona nadaje się do tego idealnie. Ciekaw jestem, kiedy zedrze sobie skórę z tych delikatnych rączek.
- Cóż, według moich obliczeń, to gdzieś za dwa dni - mruknął i znów podrapał się po głowie.
- A według moich obliczeń, za trzy dni - wtrącił się drugi nawigator, drąc się na cały ryj i strasząc okoliczne mewy.
- A według moich obliczeń, to ty nie masz wcale obliczeń - przewróciłem oczami, spoglądając na niego znudzonym wzrokiem. Chłopakowi zszedł uśmiech z twarzy i ponownie wrócił do swoich obowiązków, nie odzywając się ani słowem. Reszta załogi zarechotała pod nosem, wymieniając ze sobą szeptem swoje poglądy na temat tej sytuacji. Ja puściłem to koło uszu i podszedłem do burty, spoglądając na rozciągający się przed nami szeroki ocean. Dzisiaj był spokojny. Aż za bardzo, co było dziwne, gdyż ostatnio burze i sztormy mocno dawały o sobie znać. Może tym razem poszczęści się nam i dopłyniemy bez większych przeszkód i niepowodzeń.
- Wyspa powinna być już niedaleko - powiedziałem, opierając się dłońmi o drewnianą barierkę i przez chwilę zamyślając nad czymś głęboko. Miałem dziwne, prześladujące mnie przeczucia, które nie mogły odejść. Gdzieś w mojej podświadomości krzyczał cieniutki głosik. Krzyczał, oznajmiając śmierć. Nie było to dziwne. Każdy, kto wypływał w morze musiał mieć świadomość, że prędzej czy później i tak umrze.
Moje głębokie i jakże ciekawe myśli przerwał donośny ryk jednego z marynarzy.
- Durne szczenie! Przyłóż się do swojej pracy!
Zerknąłem ukardkiem w tamtą stronę, wypatrując między dwoma idiotami sylwetkę białowłosej. Skulona, klęczał na kolanach, zasłaniając się rękoma przed zadawanymi jej ciosami w głowe i plecy.
- Dość - powiedziałem donośnym głosem, chcąc zwrócić na siebie ich uwagę. Tak też się stało. Zdziwione pary oczu zwróciły się dokładnie w moim kierunku, zaprzestając swojej zabawy.
- Jeśli ktoś ma ją tu karcić, to wyłącznie ja - mówiąc to podszedłem do dziewczyny i złapałem ją za ramię, postawiając do pionu. Niewolnica o mało co nie spotkała się z podłogą, tracąc równowagę. Szarpnąłem ją za sobą, ponownie lokując pod pokładem.
- Na dzisiaj koniec...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz