poniedziałek, 26 maja 2014

~XIV~ Ta wyspa

Poczułem jak coś mną niemile terpie, jakby chciało ramie urwać, a potem coś wesoło jebło. Warknąłem zirytowany, otwierając niemrawo powieki i rozglądając się zaspany. Pierwszą rzeczą, jaka rzuciła mi się w oczy, było miejsce, w którym się znajdowałem. Czyli ta sama kajuta, w której spędziłem ostatnią noc. Nq biurku walały się ołówki, zapisane kartki, jak i te czyste również, oraz pierdyliard map. Tuż obok biurka, na podłodze, leżały zgniecione, papierowe kulki. Wraz z kulkami dwa połamane ołówki. W końcu na czymś trzeba się wyżyć, gdy jest się samemu.
    Kątem oka zerknąłem na okno, przez które wpadały ciepłe promienie słoneczne i tworzyły na panelach jasne plamy. Jak zwykle było ciepło. Niedobrze.
     Po chwili zdecydowałem się podnieść z siedzenia i wyjść z kajuty. Jęknąłem jednak cicho, gdy nierozprostowane kości dały o sobie znać. Szybko uporałem się z tym problemem i ukazałem się światu.
- Co jest? - spytałem od razu na wejściu, nie witając się z nikim. Nie miałem po prostu humoru. Czyli jak zwykle. Dzień dobry.
- Dopłynęliśmy na wyspę - odparł kucharz, opierający się o burtę. - Zaraz wychodzimy na ląd.
- Już? Nie za szybko? Co to za wys... - zawiesiłem się na chwilę, wyglądając poza statek na złocisty piasek rozciągający się w dole. Chwila. Ten piasek. Ta roślinnośc. To położenie. To... Musi być ta wyspa. Chociaż nigdy nie sądziłem, że wrócę na nią nie dostając rewolweru z jedną kulką.
- Więc... Schodzimy? - spytał ktoś po dłuższej chwili ciszy.
- Ta. Macie na drogę żyletki, w plecaczku kanapki z drutem kolczastym, a jako picie trutkę na szczury. Powodzenia [...]
     Już od dłuższego czasu łaziłem bezczynnie po wyspie, szukając tego jedynego miejsca. Klnąłem co chwilę pod nosem, okładając rękami tutejszą roślinność w ramach wyładowania złości. Kiepsko mi jednak wychodziło, a cierpiały jedynie kwiatki.
- Gdzie to, kurwa, jest... - warknąłem, rozglądając się uważnie. Na pewno to musi być tu. W końcu to wyspa, której ostatnio stałem się gubernatorem. Znałem to miejsce jak własną kieszeń. No, ale czasami nawet w kieszeni może znaleźć się za dużo piasku.
- Mam cię... - usmiechnąłem się triumfalnie, pociągając za okrągłą kołatke, jakby wrośniętą w ziemię. Dało się słyszeć cichy trzask, a zawiasy puściły i klapa otworzyła się, ukazując głębokie wgłębienie w ziemi. Coś na wzór piwnicy. Wyciągnąłem z kieszeni zapałki i zapaliłem jedną, pocierając końcem o bok pudełka. Powoli, uważając, aby przypadkiem nie wyjebać orła, zszedłem na dół. Omijałem przy tym pajęczyny, machając rękami na oślep i mrużąc oczy, chcąciałem choć trochę przyzwyczaić je do ciemności.
- Jest rum - mruknąłem, wypatrując mnóstwo zakurzonych butelek. - Oraz są i notatki - sięgnąłem ręką po mały notes. Cały brudny, z kroplami krwi na okładce i gryzmołami w środku.
- Niektóre są sprzed paru lat. Pamiętam... - mówiłem sam do siebie, przekładając kartki. Wiedziałem, że kiedyś będę musiał to sobie przypomnieć...

~XIII~ Problemy z zapasami

-Pani kapitan... Udało nam się znaleźć pani rzeczy, Stare Ale.... Zawsze lepsze niż to... -Jim podał jej normalne ubrania. - i kapelusz...
Chłopak położył na stole jej kapelusz. Czarny ozdobiony piórami po jednej stronie.
-Dziękuję... Jednak w tym stroju nie będę mogła szorować pokładu..
-dlatego ja to będę robił... A Pani zajmie moje miejsce... Spokojnie, te bydlaki zjedzą wszystko. Tak.. nawet surową rybę... Próbowałem...
Białowłosa zaśmiała się pod nosem idąc do oddzielnej kajuty by się przebrać. Nadal była wychudzona, jednak dzięki staraniom Jima przypominała istotę płci żeńskiej, a nie wieszak...
-Ile mamy jeszcze zapasów?... -zapytała po chwili wychodząc i siadajac przy stole.
-Mało... Rumu nie ma... Woda się kończy... Jedzenie też...
-Tylko rumu mi szkoda... Damy radę. Perła coś wymyśli... Ufam tej łajbie...

~XII~ Nirvana

[ jestem spokojnym, pierdolonym kwiatem lotosu na tafli jeziora. Nirvana. Wagon pełny Tybetańskich, medytujących mnichów. Amen. ]

Rzuciłem Bogu ducha winnym ołówkiem o ścianę, na której roztrzaskał się w pół, na dwie części, które oddzieliły się od siebie i spadły na ziemię z głuchym, niezidentyfikowanym dźwiękiem.
- Ja pierdole... - warknąłem, spoglądając kolejny i chyba ostatni raz tej nocy na mapę. Nie miałem już ani odrobiny siły na dalsze studiowanie kontynentów i obliczanie szerokości i długości geograficznej. Nie mogłem wykrzesać z siebie nawet ani kszty ochoty. To wszystko tak bardzo nie miało sensu, że sam nie wiedziałem, co mam myśleć na ten temat. Perła po raz kolejny samoistnie zmieniła kierunek, płynac teraz na południowy zachód. Czyli w zupełnie odwrotną stronę, niż na wyspę, gdzie dotąd się kierowaliśmy. Tam mieliśmy wszystkie nasze zapasy, składowane do tej pory. Cały dzisiejszy dzień stałem przy sterze, chcąc nawrócić statek na dobrą stronę, jednak nicz tego nie wyszło.
- Co się dzieje... - mruknąłem, pocierając pulsujące skronie. A co, jeśli statek wyczuł, że to ja nie jestem jego kapitanem. Znając życie, będzię się chciał mnie pozbyć. Przykro mi, nie tak szybko.

niedziela, 25 maja 2014

~XI~ Jim

-Jutro wracasz do pracy Bezimienna....
Powiedział po chwili chłodno.
-A...Ale rana...
-Wykręcasz się od pracy...? W takim razie... -podstawił jej wiadro pod nos i szarpnął za ramię stawiając do pionu- dzisiaj wracasz do pracy...
Pchnął ją w kierunku schodków. Wyszła chwiejnym krokiem na pokład gdzie od razu zaliczyła spotkanie z ziemią. Na placach poczuła jak ktoś przechodzi po niej. Znów leżała nie mając siły wstać. Nagle ktos delikatnie ją podniósł. 

-Kiepsko wyglądasz Bezimienna...

Znała ten dotyk, ten głos.

-J...Jim...? 

Spojrzała niepewnie w twarz bruneta o zielonych oczach. Chłopak wzdrygnął się. Zapatrzył się w jej niezwykle oczy.

-P..Pani Kapitan... Szybko... Proszę za mną...

Pomógł jej przejść do kuchni pod pretekstem, że jest tam brudno. Posadził ją na krześle i podał miskę z zupą.

-Mmm...  Nie wiedziałam, że tak świetnie gotujesz... 

-Dzięki... Wiem, że kłamiesz, ale dzięki...

Usiadł przy niej i pogładził po policzku sprawiając, że przuybrały piękny różany kolor.

-Co się stało?...Co z tobą...?

-Gdy skradziono statek winą obarczyłam Kalipso. Za karę znów zmieniła mnie w niewolnicę...

-Znów?...

-Za grzechy mojej matki urodziłam się w innym ciele... A moje ciało kapitana zniknęło. Davy Jones mnie "odczarował"... Resztę znasz...

~X~ rozmowa bezimiennego z bezimienną

- A wy czego się gapicie? - warknąłem, piorunując ich wzrokiem.
- Coś jest nie tak z Perłą. Ze wszystkimi jest coś nie tak. Każdy to widzi i czuje - rzekł jeden z marynarzy, wyrzucając butelkę za burtę, która z cichym pluskiem wylądowała w falach.
- Wiem - westchnąłem po chwili i prychnąłem pod nosem, zdejmując kapelusz i zawieszając go na sterze. Czułem to i o tym właśnie myślałem co noc. Perła nie jest już tym samym statkiem, co kiedyś. Tylko dlaczego, co skłoniło ją do tego. Albo może kto. Przecież nie ta dziewczyna. Nie, na pewno nie ona.
- Cholera... - przeklnąłem pod nosem i szybkim krokiem ruszyłem w stronę drzwi prowadzących pod pokład. Położyłem dłoń na klamce, i nacisnąłem dźwignię, która zaskrzypiała cicho. Wszedłem do środka, a moją osobę nie ogarnęła już pospolita ciemność, tylko półmrok. Trochę światła dawała lampa naftowa postawiona na ziemi przy "łóżku" dziewczyny. Zerknąłem na nią kątem oka, a ona zwróciła na mnie swój wzrok. Teraz już nie spała, ani nie była nieprzytomna. Sam nie wiedziałem, czy mam się z tego cieszyć, czy nie.
- Widzę, że śpiąca królewna wstała - powiedziałem obojętnie, podchodząc bliżej wolnym krokiem. Dziewczyna widząc, jak kucam przy niej, cofnęła się do tyłu, nie spuszczając ze mnie wzroku. Zmrużyłem lekko oczy, spoglądając na nią.
- Rana. Nieźle przypieprzyłaś. Kim ty w ogóle jesteś?
- Niewolnicą... - odparła chłodno.
- Błąd. Jak masz na imię - zadałem pytanie, nie schodząc z obojętnego tonu. Białowłosa spuściła lekko głowe, a włosy zasłoniły jej twarz. Westchnąłem ciężko, wstając z miejsca.
- Skoro tak, będziesz bezimienna.
- Więc ty też jesteś bezimienny?
-..Nie. Chociaż, dla ciebie mógłbym...

~IX~ Pirackie ploteczki

-Nie sądzicie, że Perła inaczej się zachowuje...?
Jim, okrętowy kucharz oparł się rękami o barierkę patrząc na spokojny ocean. Harry zamilkł na chwilę i zaprzestał rozwiązywania lin. 
-Ten statek ma duszę... Coś musi jej nie pasować... A ty jak sądzisz Bill?
-Hmmm....- odezwał się po chwili poprawiając już lekko siwe włosy- Perła chce pozbyć się niepotrzebnych... Patrzcie... Najpierw Karl, którego mocny podmuch wiatru zdmuchnal za burtę, kolejny był Indie, który spadł na pokład z masztu gdy pomagał zwijać żagle. Perła wybija ich...
-Ich... Myślisz, że nas też chce wybić? -Harry popatrzył się na podstarzałego pirata.
-Nie, nas nie.. Domyślasz się dlaczego Jim, prawda?...
-Bo nas zna...-odezwał się po chwili, na co Bill tylko kiwnął głową dając mu zezwolenie, by mówił dalej -Zwerbował nas prawdziwy kapitan Perły, statek czuje, że został ukradziony i jest zła. Możliwe, że znów chce byśmy to my dowodzili, dlatego nas nie dotknie. Będzie nas chronić...
-Tak jak ta lina, znikąd gdy wpadłem do wody... -Harry ponownie wziął się za rozwiązywanie lin. Oni kiwnęli potwierdzajaco. Każdy z nich pamiętał czasy świetności Perły. Znajomości z kapitanem Latającego Holendra, wspólne zabawy na cześć Boginii Kalipso.
-Oczy mi krwawią gdy widzę tych nawigatorów... -Bill lekko zirytowany warknal pod nosem- Wschodu od zachodu nie odróżniają...
-Byłeś lepszym nawigatorem...-Harry też zirytowany odrzucił liny- też wolałbym wrócić na bocianie gniazdo... Pieprzone liny!
-Nie krzycz tak... I tak dostałeś świetną robotę...- Jim, jak zwykle spokojny i opanowany usiadł obok Billiego- Mnie z pierwszego oficera zjechali aż do kucharza... Nie mówiąc o tym, że jedyne co potrafię ugotować to woda na herbatę...
Piraci parskneli śmiechem upijajac kolejny łyk z butelki rumu.
-Oj! Jedna butelka na trzech to za mało! Panie kapitanie lepszy podział poprosz!

sobota, 24 maja 2014

~VIII~ Dzień dobry

- Gdzie ona, do cholery, jest? - warknąłem, schodząc ze schodków niżej na pokład. Jeszcze niecałą godzinę temu widziałem jej żywe truchło, szorujące pokład. Teraz znikła. Zupełnie tak samo, jak reszta załogi, siedzącej teraz pod pokłademą i opierdalającej się po całości. Weź tu z takimi wytrzymaj. Nie wspomnę, że oni myślą o mnie dokładnie to samo.
     Zszedłem niżej do ładowni, gdzie znów przywitały mnie ciemności istnie egpiskie. Warknąłem pod nosem, gdy przypieprzyłem kolejny raz łbem o lampę. Zajebiście. Tylko, gdzie ona jest?
     Znów po omacku wyszukałem zapałem, oraz czegoś, co można zaczarować ogniem. Względnie wybór padł na lampę, która zaatakowała mnie na wejściu, gdyż nic innego nie znalazłem. Nic innego i nic ogarniętego.
- Gdzie się zaszyłaś... - mruknąłem, wolnym krokiem przemierzając pomieszczenie. Nie wiedziałem dokładnie gdzie idę, ani na co mogę wpaść. Światło padało jedynie na odległość jednego metra ode mnie, co dawało marne rezultaty w poszukiwaniach.
     W ten jednak doszedł do mnie cichy szmer. Prawie, że niesłyszalny. Mi jenak udało się go usłyszeć. Zmrużyłem delikatnie oczy i pokierowany dźwiękiem, podążyłem za nim. Jakie było moje zdziwienie, gdy dostrzegłem w końcu nieruchomą sylwetkę niewolnicy. Leżała na podłodze, a z jej rany przy skroni skapywała świeża krew. Dzień dobry, piekło z tej strony.
- Cholera - warknąłem pod nosem, stawiając lampę na ziemi i podchodząc do dziewczyny. Wyglądała na nieprzytomną i właśnie taka była. Jeszcze lepiej...
    Zebrawszy siły, podniosłem ją z ziemi, przenosząc w inne miejsce. Nawet jednak nie musiałem się zbytnio wysilać, gdyż jej waga była równa tyle, co nic. W końcu zdecydowałem się ulokować ja na jej posłaniu gdzieś w innych częściach czeluści. I to opatrzyć. W końcu czyści pokład. Musi żyć. Chociaż gdyby się tak zastanowić, nie musi tu być. Kto inny może czyścić pokład.
     Sam nie wiedząc czemu, sięgnąłem po jakiś materiał, który zamoczyłem w zimnej, morskiej wodzie i przyłożyłem do jej rany.

~VII~ Fuj...

Szorowanie pokładu było ostatnią rzeczą, której potrzebowała. Jakiś debil idąc przewrócił wiadro z brudną wodą, która rozlała się po całym pokładzie. Westchnęła ciężko zaczynając pracę od nowa. Była głodna, wykonywała jedną z trudniejszych prac, a dostawała jakieś zlewki po posiłkach, którymi nawet szczur by pogardzil. Zakrecilo jej się w głowie. Tysiące barw przeleciało jej przed oczami. Upadła na kolana, ktoś zepchnął ją z pokładu i przeturlała się po schodach do ładowni. Poczuła ból a po chwili ciepło krwi spływającej po karku. Z trudem zwlekła się z ziemi i usadowiła na swoim miejscu. Po chwili poczuła jak żołądek podchodzi do gardła. Podleciala szybko do wiadra i zwymiotowała... Krwią..

~VI~ Niebo nie zapłacze

Obudziłem się dzisiaj dość wcześnie. Za wcześnie. Zbyt wcześnie. I o wiele wcześniej, niż zwykle. Na początku naszła mnie nawet ochota, aby pierdolić wszystko i iść spać dalej. Los jednak nie jest dzisiaj po mojej stronie, gdyż uporczywe słońce od razu zaatakowało mnie w ślepia robiąc niemiłe "suprajs mada faka". Taaa... Więc...
- Jak ja, kurwa, nienawidzę poniedziałków - wyjęczałem ochryple, przewracając się na drugi bok. Poniedziałkowy poranek w stylu: jestem marudnym dzieckiem, a mama zabrała mi słodycze. Czułem, że dzisiejszy dzień nie będzie należał do najmilszych. Zwłaszcza, że na całym statku cuchnie zgniłym mięsem. Jeśli ktoś znowu zapomniał posprzątać po zabawie, to wydłubie mu oczy i wsadzę głęboko do gardła, aby mógł zobaczyć swoje wnętrzności. Dzień dobry.
     Chcąc, nie chcąc - i tak zwlokłem się z łóżka. Po parominutowym ogarnięciu się, które pewnie jak dla mnie trwało wieki, wypełzłem ze swojej kajuty ukazując światu me niecne oblicze. Słońce napierdalało dzisiaj równo po oczach, nie dając ujrzeć nic przed sobą, ani chociaż dobrze się przypatrzeć. Nic, tylko wszędzie ładna pogoda. Czemu chociaż raz w życiu nie może popadać? Przecież deszcz jest fajny.
- Co się tu, kurwa, dzieje? - spytałem very kulturalnie tuż na wejściu. Wszyscy otoczyli kółeczkiem jakieś coś leżące na ziemi i podziwiające niebo z podłogi. Przepchałem się przez milczący tłum i spojrzałem na zmasakrowane truchło, leżące na ziemi. Od razu poznałem w nich jednego z nawigatorów. Z wydłubanymi oczami, naciętą skórą, ozdobionego ślicznie krwią. Któż mógł mieć taki gust?
- Kto to zrobił? - zadałem podstawowe pytanie. Liczni i nieliczni pokręcili tylko głowami, patrząc po sobie z widoczną niewiedzą. - Nie wiecie, że sprząta się po sobie? - dodałem po chwili, wzdychając ciężko. - Sprzątnijcie to, nim ulegnie tu rozkładowi.
Ostatni raz rzuciłem okiem na truchło, aż w końcu podszedłem do steru. Sięgnąłem dłonią do kieszeni płaszcza, gdzie napotkałem okrągły kształt, który był kompasem. Wyjąłem go, zawieszając w powietrzu na dłoni tuż przed samą twarzą. Zmrużyłem delikatnie oczy, spoglądając w niego z czystą ciekawością i z czystym zamyśleniem.
- Nawet ty nie masz dzisiaj humoru? - mruknąłem, wzdychając zrezygnowany. Zamknąłem małą klapkę, wrzucając go ponownie na swoje miejsce. - Przyprowadźcie ją.
Dwóch mężczyzn kiwnęło tylko głowami, znikając na chwilę w ładowni. Nim zdążyłem się zorientować, popchnęli białowłosą niewolnicę tak mocno, aż ta upadła na podłogę, wydając z siebie bolesny jęk.
- Ją też mamy wywalić za burtę?
- Nie... - odparłem po chwili. - Skoro już tu jest, to musi się do czegoś przydać.
- Zgwałcimy ją?
- Spalimy?
- Wykorzystamy seksualnie?
Uniosłem lekko jedną brew, spoglądając na nich jak na debili. Widząc moją minę, wydali z siebie zrezygnowany jęk.
- Chodziło mi o szorowanie pokładu, zboki - mruknąłem, podpierając głowę na ręce. Po chwili jednak przeniosłem swój wzrok na dziewczynę, zastanawiając się, kim tak naprawdę jest i co tu robi.

~II~ Shi no Tenshi

   Niebo z wolna zmieniało swój naturalny, błękitny kolor, na płonący szkarłat pomieszany z pomarańczą. Zjawisko to widziane było wtedy, gdy nadejść miała jedna z jedynych godzin, kiedywreszcie zrobi się spokojniej. Delikatne obłoczki mknęły sobie powoli, tknięte ledwo co wyczuwalnym podmuchem wiatru, który dzisiaj na szczęście nie sprawiał kłopotów. Tłum ludzi począł znikać z ulic, chcąc schować się w swych domostwach zanim jeszcze cień nocy przejmie swe panowanie. Jedynie w gospodach nadal dało sie słyszeć głośne rozmowy, śmiechy, przekleństwa, oraz charakterystyczne dźwięki tłuczonego szkła. Czyli to, co margines społeczeństwa lubi najbardziej i gdzie najbardziej lubi przesiadywać. Pijaństwo było na porządku dziennym i chyba każdy mógł zgodzić się z twierdzeniem, że mianem największych pijaków oskarża się właśnie piratów. Czyżby tylko piratów?
- Co za nonsens... - mruknąłem pod nosem, możliwie wygodnie rozkładając się na mostku tuż przy porcie. Ciemny kapelusz przysłaniał mi widoczność na świat, spadając na naturalnie opaloną twarz. W zębach gryzłem zmiętolone już źdźbło trawy, które po chwili złamało się w pół, nie nadając do użytku, a ja wyplułem je z ust. Dzień dziś należał do wybitnie nudnych, toteż opierdalanie się przy porcie i wsłuchiwanie w przygłuszony szum morza było jednym z najciekawszych rzeczy do roboty. No, może oprócz obserwowania strażników, których zadaniem było doglądać statków, aby nikomu przypadkiem nie przyszło na myśl ukraść jakiegoś. Ukraść? Pff... Kto byłby taki głupi... Oprócz mnie?
   Po dłuższej chwili bezczynnego siedzenia, w końcu zdecydowałem ruszyć dupe. Zeskoczyłem ze swojego dotychczasowego siedzenia i rozprostowałem dotąd nieruchome kości, które zatrzeszczały cicho. Zmrużyłem delikatnie oczy, gdy odsłoniwszy kapeluszem twarz, moje oczy zaatakowały ostatnie promienie słoneczne. Przeklnąłem cicho pod nosem, osłaniając dłonią czoło i rozglądając się wokoło. Ludzi coraz mniej, jednak nie tyczyło się to straży portowej. Czy oni, kurwa, życia nie mają?
   Wolnym krokiem ruszyłem w stronę najbliższej gospody. Przy okazji rozglądałem się przy tym ciekawie, gdy nagle mój wzrok napotkał przybity do spruchniałem belki list gończy. Zrobiłem gwałtowny zwrot i podszedłem do ów plakatu, który bez ceregieli przedstawiał moją mordę.
- Mam aż taki duży nos? - prychnąłem, w duchu śmiejąc się z tych idiotów, który nazywają siebie marynarką. Długo idzie im coś szukanie mnie i łapanie, a i wsadzeniu do pierdla to nie wspomnę. Mi to na rękę.
"Poszukiwany Shi no Tenshi. Martwy lub żywy. Wysokie wynagrodzenie."
Westchnąłem cicho, jeszcze przez chwilę spoglądając na swój własny portret, aż w końcu zbliżywszy się do gospody, pchnąłem mocarne drzwi, które uległy i rozwarlwy się na oscież.
   Już na początku uderzył mnie głośny, wszechobecny hałas. Powietrze w budynku przesiąknięte było zapachem tytoniu, oraz alkoholu. Wszystko tu było skrajnie zepsute. Tak samo jak i ludzie, którzy tu przychodzili.
   Podszedłem do baru, po czym zasiadłem a jednym z wysokich krzeseł. Uniosłem wzrok ku górze, poprawiając kapelusz, aby móc lepiej spojrzeć na wysoką, skąpo ubraną dziewczynę o czarnych, nieprzenikliwych oczach i burzy ciemnych loków na głowie.
- To, co zawsze... - rzekłem krótko, a barmanka kiwnęła tylko głową.
- Dawno cię tu nie było. Jakieś interesy? - spytała po chwili zaczepnie, stawiając przede mną kufel z napojem procentowym.
- Interesy? - uniosłem lekko jedną brew. - Cóż, owszem. Jednak nie jestem tu na miłych pogaduszkach.
- Jak zawsze - usmiechnęła się pod nosem.
- Statek niewolników. Wypływa dziś na wyspe upadłych aniołów. O której?
Dziewczyna nachyliła się nad barem, opierając łokcie o blat, po czym szeptem syknęła do mojego ucha:
- Za godzinę. Nie spóźnij się - przejechała delikatnie palcem po moim policzku, z powrotem wracając na swoje miejsce. Kiwnąłem tylko lekko głową, jakby było to oczywiste i sam wstałem z miejsca. Poprawiłem kapelusz, ostatni raz lustrując pomieszczenie krytycznym wzrokiem, aż w końcu zdecydowałem się je w końcu opuścić.
     Słońce prawie całkowicie zaszło już za linię horyzontu. Jedynie pojedyńcze promienie czasami zdołały ostatni raz musnąc czyjeś powieki, zanim znikły. Statek przy którym stałem nazywał się "Ulotna Dusza" i to on miał za zadanie przewozić niewolników na wyspę, gdzie następnie zostali straceni, badz zostawiani na pastwę losu, gdzie pożerały ich dzikie bestie, bądź umierali z głodu. Słyszałem, jak ktoś krzyczał niezrozumiałe mi słowa, oznajmiając reszcie swoje zadania. Każdy śpieszył się jak mógł, chcąc zdążyć na swoją kolei i możliwość wejścia na statek. Wszechobecny chaos był tak przytłaczający, że przez chwilę nawet pomyślałem o tym, aby spierdolić stąd jak najdalej. Szybko jednak rozwiałem wątpliwości, gdy wreszcie dane było mi wejść na pokład.
     Statek nie różnił się niczym od pozostałych, pospolitych. Trójżaglowiec z nierówno pomalowanymi deskami, których farba powoli wyblakała. Wszystko, chociaż niby nowe - wydawało się jakby miało co najmniej z tysiąc lat.
- Ej, ty tam! - ktoś krzyknął i po chwili zorientowałem się, że krzyczy właśnie do mnie. Warknąłem cicho pod nosem, ukrywając swoją irytację, po czym zachowując znudzony wyraz twarzy, odwróciłem się w stronę idącego do mnie mężczyzny.
- O co chodzi? - spytałem, poprawiając kapelusz.
- Ty pewnie jesteś tym od inspekcji ładunku, mam rację?
Nie myśląc nic więcej, kiwnąłem głową. W końcu nie musiałem sam wymyślać przekrętu, kim jestem i co tu robię. Jak do tej pory los mi sprzyja.
- Więc marsz pod pokład! - warknął, świdrując mnie morderczym wzrokiem i tocząc z pyska piane. Kolego, to się leczy. Długo i kosztownie, kurwa.
     Wykonałem powolny zwrot w drugą stronę, krok po kroku przybliżając się do niewielkich, drewnianych drzwi prowadzących pod pokład. Chwyciłem za klamkę, po czym nacisnąłem dźwignię, która zaskrzypiała głosno i niemiłosiernie. Tak, ten statek to jednak gówno.
     Pierwsze co rzuciło mi się w oczy, to... Właśnie, nic nie rzuciło mi się w oczy, oprócz całkowitej ciemności. Byla ona tak gęsta, że nie widziałem nawet swojej szabli przypiętej do pasa, z którą praktycznie w ogóle się nie rozstaje. Po omacku więc zacząłem macać ściany
w poszukiwaniu jakiegoś światła. Jakiegokolwiek. W końcu moje dłonie natrafiły na szorstki w dotyku materiał. Zmrużyłem delikatnie oczy, a w głowie i przed oczami pojawiało się tysiące obrazów wizji, co to może być. Zdecydowałem się jednak i szarpnąłem ów materiał, który okazał być się jedynie zasłoną. Do pomieszczenia wpadła spora ilość światła, która ożywiła nieco tę dziurę. Na podłodze rozlały się jasne plamy, w których wirowały drobinki kurzu, a cień skrył się nieco dalej.
- Chociaż tyle - mruknąłem pod nosem, rozglądając się po ułożonych w skrzyniach i pakunkach towarach. Wszystko wyglądało bardzo atrakcyjnie, toteż nie musiało przecież tak szybko zmarnować. W końcu ktoś musi to przetestować i sprawdzić czy jest trwałej jakości. A nie kto inny jak ja?
     W ten dotarł do mnie przyciszony szmer. Coś jakby.. Szuranie łańcuchów po podłodze. Zdziwiony wolnym krokiem zacząłem zbliżać się do najciemniejszej części pokładu. Dokładniej tam, skąd pochodziły odgłosy. Chcąc zobaczyć coś więcej, zgarnąłem z pułki lampe naftową. Wyszukując w kieszeni płaszcza pudełko zapałek, wyjąłem jedną z nich i magicznie sprawiłem, że lapma zaczęła świecić. Uniosłem ją nieco wyżej, chcąc rozświetlić półmrok panoszący się przede mną i powoli stawiałem kroki dalej, upewniwszy się wcześniej, że na nic nie wpadłem i nie wpadnę. Mój wzrok nagle przykuło coś dziwnego. Coś ludzkiego, skulonego w kącie jednej z cel. Człowiek? Słyszałem, że już od wielu lat statek ten nie przewoził niewolników. A więc jednak i ta plotka się nie sprawdziła.
     Podszedłem nieco bliżej, stawiając lampe na podłodze tuż przy kratach.
- Więc czym jesteś? - spytałem obojętnym tonem, podpierając głowe na ręce. Postać obruszyła się delikatnie, zwracając głowe w moją stronę. Dopiero teraz mogłem przyjrzeć się dokładnie tej niewolnicy. Dziewczyna otóż miała bladą buźke o delikatnych, hiszpańskich rysach, "przyozdobioną" licznymi siniakami i zadrapaniami jak zarówno reszta jej ciała. Na twarz i policzki opadały kosmyki kiedyś białych, teraz brudnych i posklejanych krwią włosów sięgających ramion. Duże, opuchnięte oczy okalane długimi rzęsami. Na sobie miała jedynie potarganą, błękitną sukienke. Obraz nędzy i rozpaczy.
- Kim ty... Jesteś... - wypowiedziała ochrypniętym głosem.
- Kim ja jestem? Raczej kim TY jesteś... Niewolnikiem? Świetnie się składa - powiedziałem, zanim dziewczyna zdążyła wejść mi w słowo. - Mam nadzieję, że przypadnie ci do gustu mój statek..

~IV~ Ty tam siedzisz, ja rozkazuję

- Szoruj ten pokład, mała. Sam się nie wyczyści.
Wyszedłem po drewnianych schodkach z ładowni na pokład, omiatając wzrokiem wszystkich dookoła. Niektórzy przyglądali mi się spode łbów, mrużąc z irytacją oczy, a jeszcze dla innych moja obecność tutaj w tej chwili była obojętna. I Vice Versa.
- Jak daleko do celu? - spytałem, podchodząc do jednego z nawigatorów. Mężczyzna podrapał się po głowie, wyciągając z kieszeni kompas, a w powietrzu rozkładając mapę. Nie racząc mnie swoim spojrzeniem, pomruczał coś pod nosem, zastanawiając się nad czymś dogłębnie. A może po prostu tylko udawał, że się zastanawia, chcąc wyjść na wielce obeznanego. Przykro mi, marzenia się nie spełniają. Wszystko ludzie na tym statku to debile i idioci. Niektórzy może wiedzą więcej, niż przeciętny człowiek może wiedzieć. Dlatego właśnie trzymam ich tu. Chociaż jest jeszcze ta dziewczyna. Zabrałem ją tylko dlatego, że statek musi ktoś w końcu ogarnąć. Ona nadaje się do tego idealnie. Ciekaw jestem, kiedy zedrze sobie skórę z tych delikatnych rączek.
- Cóż, według moich obliczeń, to gdzieś za dwa dni - mruknął i znów podrapał się po głowie.
- A według moich obliczeń, za trzy dni - wtrącił się drugi nawigator, drąc się na cały ryj i strasząc okoliczne mewy.
- A według moich obliczeń, to ty nie masz wcale obliczeń - przewróciłem oczami, spoglądając na niego znudzonym wzrokiem. Chłopakowi zszedł uśmiech z twarzy i ponownie wrócił do swoich obowiązków, nie odzywając się ani słowem. Reszta załogi zarechotała pod nosem, wymieniając ze sobą szeptem swoje poglądy na temat tej sytuacji. Ja puściłem to koło uszu i podszedłem do burty, spoglądając na rozciągający się przed nami szeroki ocean. Dzisiaj był spokojny. Aż za bardzo, co było dziwne, gdyż ostatnio burze i sztormy mocno dawały o sobie znać. Może tym razem poszczęści się nam i dopłyniemy bez większych przeszkód i niepowodzeń.
- Wyspa powinna być już niedaleko - powiedziałem, opierając się dłońmi o drewnianą barierkę i przez chwilę zamyślając nad czymś głęboko. Miałem dziwne, prześladujące mnie przeczucia, które nie mogły odejść. Gdzieś w mojej podświadomości krzyczał cieniutki głosik. Krzyczał, oznajmiając śmierć. Nie było to dziwne. Każdy, kto wypływał w morze musiał mieć świadomość, że prędzej czy później i tak umrze.
     Moje głębokie i jakże ciekawe myśli przerwał donośny ryk jednego z marynarzy.
- Durne szczenie! Przyłóż się do swojej pracy!
Zerknąłem ukardkiem w tamtą stronę, wypatrując między dwoma idiotami sylwetkę białowłosej. Skulona, klęczał na kolanach, zasłaniając się rękoma przed zadawanymi jej ciosami w głowe i plecy.
- Dość - powiedziałem donośnym głosem, chcąc zwrócić na siebie ich uwagę. Tak też się stało. Zdziwione pary oczu zwróciły się dokładnie w moim kierunku, zaprzestając swojej zabawy.
- Jeśli ktoś ma ją tu karcić, to wyłącznie ja - mówiąc to podszedłem do dziewczyny i złapałem ją za ramię, postawiając do pionu. Niewolnica o mało co nie spotkała się z podłogą, tracąc równowagę. Szarpnąłem ją za sobą, ponownie lokując pod pokładem.
- Na dzisiaj koniec...

~V~ Czarna Perła

Wszystko ją bolało. Białe jak dotąd włosy przybrały kolor brudnej, wyblakłej czerwieni. Sukienka była potargana jeszcze bardziej, kolana, łokcie i dłonie zdarte do krwi. Powolne ruchy statku przyprawiały ją o mdłości. Nienawidziła siedzieć pod pokładem. Chwiejnym krokiem zbliżyła się do przestrzeni między skrzyniami a ... Skrzyniami, gdzie było jej "posłanie", czyli szalone kilka starych szmat, które ukradła. Westchnęła ciężko układając się w miarę wygodnie.
Noc. Usłyszała jakby szmer. Otworzyła oczy i zaspana wyszła z ładowni. Naokoło statku unosiła się gęsta mgła. To był TEN statek.
-Perła...
Szepnęła przejeżdżając ręką po drewnianej barierce. Wiatr, dusza Czarnej Perły, rozwiała jej włosy, jakby witając z powrotem.
-Co on z tobą zrobił...
Rozejrzała się w poszukiwaniu ozdobień przy burtach i drzwiach, teraz bardziej obrzydzały niż, jak kiedyś, cieszyły oczy. Czarne, dziurawe żagle, które działały, zastąpiono nedznymi purpurowymi. Perła z szybkiego statku pirackiego przerodziła się w ciężką bryłę z trudem utrzymującą się na wodzie, ze zbędnym ładunkiem.
-Nawet kołowrotki zniszczyli... I oni chcą nazwać siebie piratami?...
Kołowrotki te służyły do przyczepienia Perły do innego statku, oczywiście o tak wszyscy woleli na chama wbijać się (dosłownie) z haków. Właśnie... Haki...
Popedziła spowrotem pod pokład sprawdzić czy i to zniszczyli. Uśmiechnęła się pod nosem stwierdzając, że tego nie używali. Albo o tym nie wiedzieli. Gdy spowrotem weszła na pokład stwierdziła jeszcze jedną zmianę. Nie było tajemniczych, metalowych wgłębień, które uznane za wadę zapewne zostały usunięte.
-Hej ty! Mała! Nie boisz się tak w nocy chodzić sama? Coś mogłoby ci się stać...
Mięśniak, ten sam co kilka godzin temu ją pobił, szorstką łapą pogładził ją po policzku rozdrapując ranę. Syknęła odpychając go od siebie.
-Kogo ja widzę... Nie pamiętasz mnie... To ty wrzuciłeś mnie do morza. Obiecałam, że będziesz cierpieć... I dotrzymam słowa...

czwartek, 22 maja 2014

~III~ "O Bogini Kalipso..."

Nie wiedziała co powiedzieć, miała nadzieję na wolność a zamiast tego nadal jest niewolnicą tylko na innym statku. Pan w ciemnym kapeluszu uśmiechnął się podle i gwałtownie szarpnął ją za włosy zmuszając do wstania.
-Gotowa na sprzątanie pokładu? Miejmy nadzieję...
Szarpnął ją za ramię i wyprowadził z ładowni. Oczywiście zaczął kląć na wszystko gdy uderzył się głową o wiszącą lampę naftową. Jaka szkoda...
Ludzie nawet na nich nie spojrzeli gdy wymykali się po cichu. Minęli kilka innych statków, gospodę, kilka domów.
W świetle księżyca malował się cień ogromnego statku. Miał zwinięte żagle i delikatnie kołysał się na falach. Wyglądał jak zwykły statek... Tylko ludzie... Bez ceregieli gdy tylko weszli po kładce na pokład wrzucił ją do ładowni.
-Witamy w nowym domu... Do rana ładownia ma błyszczeć...
Zatrzasnął za sobą małe drzwiczki, które wydały z siebie nieprzyjemny skrzyp. Dziewczyna opuściła głowę i nie wypowiedziała ani jednego słowa. Białe kosmyki opadały na twarz. Dopiero po chwili powiedziała cicho:
-O Bogini Kalipso... Powiedz co mam zrobić...

środa, 21 maja 2014

~I~ Dziewczynka w kremowej sukience

Noc dopiero się zaczynała. Lekki wiatr wplątywał się w krótkie białe włoski dziewczynki. Małej, związanej, bezbronnej...
-Nie drzyj się tak dzieciaku! Durne szczenię!- Jeden z mężczyzn stojących nad nią bez ceregieli kopnął ją w brzuch sprawiając, że dziewczynka z piskiem skuliła się w kłębek.
-Powiedzieliśmy coś! Zamknij pysk szczeniaku!
Wzięli ją za podartą kremową sukienkę i wyrzucili do morza. Fale ją pochłonęły, widziała wszystko w zwolnionym tempie. Błyskawice, szum wiatru a potem cisza. To nieprzyjemne uczucie gdy nie możesz nabrać tlenu. Otaczała ją tylko woda. Patrzyła zamglonym wzrokiem na swoich byłych oprawców, przyrzekając zemstę, cierpienie i błaganie o litość.
Zamknęła oczy...