sobota, 13 września 2014

~XXII~ Dlaczego ona...

- Tenshi, Tenshi... - zaśmiał się Jones, torując mu drogę. - Naprawdę sądzisz, że puszczę cię stąd samego?
- Sądzę - uśmiechnął się krzywo, po czym postawił krok w bok, chcąc wyminąć pirata i tym samym zakończyć rozmawę. Dayvy szybkim ruchem zacisnął boleśnie szczypce na ramieniu czarnowłosego. Ten jednak ani drgnął. Zmierzył tylko mackowatego chłodnym wzrokiem, czekając, aż raczy się odezwać.
- Uwierz mi. Dopóki nie dostanę swojej zapłaty, ty staniesz się do tego czasu częścią statku.
- Głupszy, niż ustawa przewiduje - prychnął pod nosem Tenshi. - Skąd będziesz mieć pewność, że jednak nie uciekłem?
- Ja nie muszę mieć pewności. Ona będzię ją mieć - uśmiechnął się podle pod nosem, po czym gestem ręki wskazał na smukłą, kobiecą sylwetkę, która oparta o burtę przyglądała się obu.
- Ależ oczywiście, że dopilnuje.
Czarnowłosy zmrużył oczy, przez dłuższą chwilę z niedowierzaniem przyglądając się jej. Co ona tu robiła? Dlaczego właśnie ona... Kim była? W tym momencie ani trochę nie przypominała tej, która po raz pierwszy stanęła na jego statku.
   Prychnął zły pod nosem, po czym wyminąwszy Jones'a - zniknął w kajutach.

czwartek, 4 września 2014

~XXI~ Pierwszy oficer

Patrzyła beznamietnie na ludzi przed nią.
-Więc... Tenshi... Gdzie moje dusze...?
Chłopak poprawił kapelusz i wzruszył ramionami jakby chodziło o coś niewielkiego.
-W takim razie... -kontynuował- co powiesz na taki układ... Ja biorę dziewczynę na pokład i masz miesiąc... Inaczej nie ma nawet cienia szansy, że ją odzyskasz...to jak?
-Nie ma mowy!
Załoga znacząco zaprotestowała, tylko Białowłosa stała nieruchomo, jakby była w swoim świecie. Mackowaty podszedł do niej i chwycił za ramię.
-Idziemy...
Pociągnął ją w stronę swojego statku.

***

Wepchnął ją do swojej kajuty. Dziewczyna w ostatniej chwili oparła się o organy. Wszystko było mokre i obślizgłe.
-W coś ty się wpakowała mała... Czemu to ten debil dowodzi Perłą?! -krzyknął uderzając pięścią w stół.
-...A co niby miałam zrobić, hę?! Ta dziwka Kalipso zmieniła mnie w niewolnicę!
-Nie mów tak o niej! Życie ci nie miłe?!
-Patrz jaka niespodzianka!
Patrzyła na niego z wyrzutem.
-Wiem, że możesz mi pomóc...zmień mnie...We mnie...
-W ciebie... -mackowaty zamyślił się - na razie ogarnij się, wykąp , przebierz... Wiesz gdzie co jest...
Wyszedł bez słowa. Stała, milcząc patrzyła na podloge, która nie wzbudzała zaufania. Jeden z owoców morza przyniósł jej ubrania, i nawet na nią nie patrząc położył je na stole.

***

-Trzymaj kurs... -powiedziała pewnym głosem wchodząc po schodkach. Czarne wysokie buty stukaly o pokład, ciemny płaszcz powiewal na wietrze a białe włosy związane w warkocz sięgały prawie do kolan. Poprawiła kremową koszulę.
-Nowy, huh?
Zerknęła na wystraszonego rudzielca. Ręce mu się trzęsły. Sprawiając, że ster kręcił się raz tak, raz tak. Załoga wymiotująca marchewką była mu wdzięczna.
-Nie trzęś się tak galareto... Ja cię nie zjem...Ale kraken...
Powoli przeniósł na nią wzrok, widziała ze panika powoli ogarnia jego ciało. Oczy zrobiły się większe. Z krzykiem wskoczył do morza. Ku uciesze załogi oczywiście. Zajęła jego miejsce.

środa, 30 lipca 2014

~XX~ I Ja! Kapitan Jack Sparrow!

Kraken...
Zmarszczyłem czoło, opierając dłonie o burtę. Do moich uszu dochodziły wciąż to nowe dźwięki, tym razem pochodzące z otchłani mórz. Wzburzone fale natarczywie uderzały o dziób statku, jakby chciały go zmiażdżyć. Pod stopami czułem lekkie kołysanie, gdy mój wzrok wędrował tymczasem daleko, gdzie na powierzchni wody dryfowały pokruszone deski, zwęglone już przez ogień, a nawet ludzkie ciała, bądź ich nienaturalnie wykręcone części.
- Co teraz? Przypłynie tu i zabije nas!
- Musimy coś zrobić!
Usłyszałem za sobą podniesione głosy, które z każdą chwilą próbowały przekrzyczeć siebie na wzajem. Westchnąłem ciężko, po czym odwróciłem się szybko, spoglądając na wszystkich.
- Płyniemy do najbliższego lądu - oznajmiłem, sam schodząc pod pokład. Poczułem, jak ogarnia mnie przyjemny chłód bijący od ścian, a w uszach rozbrzmiewa cicha melodia wygrywana przez fale bijące w podłogę. Szybkim krokiem przeszedłem niewielki korytarz i znalazłem się w kajucie. Omiótłszy wzrokiem pomieszczenie, złapałem za mój notatnik, oraz kompas, który leżał w szufladzie. Ostatni raz spojrzałem na mapę leżącą na stole, po czym opuściłem kajutę...
     Jako pierwszy postawiłem stopę na złocistym piasku jednej z wysp, która wcześniej malowała się na horyzoncie. I jako jedyna mogła zostać przez nas zbadana... Inne albo były zasiedlone, albo nie dało się do nich dopłynąć. Jednym słowem - kraken i jego zabawa w podtapiacza. W końcu wyszło się z otchłani po tysiącu lat to trzeba zaszaleć.
- Coś mi tu nie pasuje.. - mruknąłem pod nosem, rozglądając się po zewnętrznej części wyspy. Niby wyglądała normalnie. Piasek, palmy, liście, woda, muszelki, rybki, jebane kraby. Coś było jednak nie tak...
   Kątem oka spojrzałem w stronę statku, gdzie na stały ląd raczyła zejść Bezimienna w towarzystwie swojego wielkiego obrońcy Jimmy'ego. Prychnąłem cicho pod nosem, wywracając oczami. Jeśli mu się tak podoba to mogę dać mu kluczę do zapasowej kajuty. Jestem bezproblemowym człowiekiem.
- No, teraz możemy iść ogarniać wyspę! - Billy klasnął wesoło w dłonie, a na jego twarzy wymalował się szeroki uśmiech osoby skrajnie szczęśliwej.
- Stój - powiedziałem beznamiętnie, nie racząc go spojrzeniem. - Nie sądzisz, że coś tu jest nie tak?
Chłopak spojrzał się na mnie z widocznym zdziwieniem i zamrugał kilkakrotnie oczami. Widocznie próbował odgadnąć moje myśli, jednak jakoś marnie mu to wychodziło i w końcu zrezygnowany wzruszył ramionami.
- Co ma niby być nie tak? - burknął pod nosem. Chciał coś jeszcze dopowiedzieć, jednak wyprzedził go głuchy odgłos strzału. Kula z prędkością światła przeleciała tuż obok głowy Billy'ego i wbiła się w deskę, która wydała z siebie cichy trzask.
   Błyskawicznie wyjąłem zza płaszcza rewolwer, który wycelowałem w pierwszą, lepszą osobę, którą napotkałem na swojej drodze.
- Elizabeth Swann - mruknąłem, a na moich ustach pojawił się kpiący uśmieszek.
- Shi no Tenshi...
- Davy Jones...
- William Turner...
- I Kapitan Jack Sparrow! - uśmiechnął się szeroko i poprawił wąs. - Czyli ja we własnej osobie.
Wywróciłem oczami, nadal jednak nie opuszczając broni... Z resztą jak cała pozostała czwórka. Nikt nie odezwał się jednak słowem. Jedynie rzucaliśmy sobie na wzajem wrogie spojrzenia, co jakiś czas zmieniając obiekt celów. Gdy jednak krępująca cisza zaczęła nam doskwierać, opuściliśmy nieco rewolwery i zaczęli głośno śmiać, jakby ta scena była tylko kpiną i niezłym żartem.
- Dobra, koniec zabawy - warknąłem, znów podnosząc broń do góry... Jak cała reszta oczywiście. Moja mina znów nie wyrażała nic, poza obojętnością.. i może lekkim zirytowaniem tym wszystkim.
- Tenshi, kope lat! - nagle do moich uszu dotarł znajomy, kpiący głos. Odwróciłem wzrok w tamtą stronę, gdzie moje oczy napotkały na obślizgłą postać Jonesa.
- Matka natura nadal poskąpiła ci w urodzie? - uśmiechnąłem się podle.
- A gdzie moje dusze, co? Parszywy kłamco?! - warknął, wymachując mackami na lewo i prawo, co dodawało temu wiele... uroku. Naprawdę...
- Dusze? Jakie dusze? - udałem zdziwionego. - Może porozmawiajmy...


                                         

wtorek, 29 lipca 2014

~XIX~ Kraken

Białowłosa pomrukiwała przez sen przewracajac się z boku na bok. We śnie płynęła pod powierzchnią wody odganiając wszystkie ryby, płynęła szybko jakby na wezwanie swojego pana. Jedynym śladem, który za sobą zostawiała były małe fale rozchodzace się po tafli wody. Przed nią był jakiś statek, bandera czy ludzie nie mieli dla niej znaczenia.
Wiatr ucichł. Przyczaiła się pod statkiem, a gdy wszyscy byli zajęci jedzeniem, jej długie macki zaczęły oplatać maszty. Statek niebezpiecznie się kołysał, a korsarze latali po pokładzie jak marne manekiny. Poczuła ukłucie na jednej z macek, jakiś YOLO mężczyzna starał się ratować statek, po chwili i inne macki były atakowane. Byli jak małe natretne robactwo. Nic nieznaczące mrówki. Wolną "kończyną" zamachnęła się, bardziej naparła na maszty łamiąc statek jak małą gałązkę. Jedzenie samo wpadało do jej pełnej zębów paszczy, zabarwiając wodę na piękny szkarłatny kolor...

Płynęła dalej. Kilka razy zatrzymała się na małe co nieco, zostawiając tylko kilka desek. Każdy ma swoje grzechy, nie ma człowieka, który byłby czysty. Ona jest grzechami, złem, diabłem i demonem tych mórz. To ona decyduje, który statek pomyślnie zawinie do portu, a który spotka się z dnem. Przez lata była uśpiona, lecz teraz została przyzwana by uregulować dług...

wtorek, 15 lipca 2014

~XVIII~ Statek na horyzoncie

   Przekręciłem głowę w bok, uniemożliwiając uporczywym promieniom słonecznym wniknięcia do moich tęczówek. Dzisiaj jak na złość piekło ono niemiłosiernie i nie dawało nawet zmrużyć oka na kwadrans. Co rusz budziłem się, wyrywany ze snu jak z błędnego amoku i powracałem do szarej rzeczywistości przypominając sobie wydarzenia sprzed paru godzin, które niczym złe fatum powracały do mnie i zalewały mnie nie przyjemną falą zimna.
   Westchnąłem ciężko i chcąc, nie chcąc, zostałem zmuszony do przerwania błogiej sielanki i podniesienia swych doczesnych zwłok z materaca. Po tym, co wydarzyło się niemal parę godzin temu, nadal w głowie huczał mi donośny głos Jim'a. Tego idioty, który nie dość, że kłamał, to jeszcze krył tą dziewczynę. Dziewczynę, która w tym momencie leży nieprzytomna, ozdobiona kroplami własnej, zaschłej już krwi. Kogo by to jednak obchodziło? Na pewno nie Shi no Tenshiego. Nie mam uczuć, nie potrafię kochać, współczuć, czy cieszyć się. Kiedyś potrafiłem. Potem wmówiono mi, że są to jedynie zbędne dodatki do życia codziennego, które sprawiają, że ludzie traktują cię jak jednego ze swoich. Ja już dawno przyzwyczaiłem się do tego, że nikt nie traktuje mnie jak człowieka. Kogoś, z kim można normalnie porozmawiać. Przyzwyczaiłem się...
- Nie jest z nią dobrze. Coś długo nie chcę się wybudzić.
W ten usłyszałem przytłumiony odgłos jednej z rozmowy, która toczyła się na korytarzu tuż za drzwiami. Zainteresowany, cichym krokiem zbliżyłem się do drewnianej bariery, która dzieliła mnie od dwójki piratów. Oj, mamo. Wiem, że to nie ładnie podsłuchiwać.
- Wiem. Szlag by trafił jego i te pieprzone "rządy" - prychnął mocno słyszalnie i kopnął w przeciwległą ścianę.
- Gdybym mógł, to dawno bym odszedł.
- Więc czemu tego nie zrobisz? Sam zastanawiam się nad tym. Dlaczego by po prostu nie odejść. Nic nas tu nie trzyma!
- Owszem. Weź jednak pod uwagę sam fakt, że ten sukinsyn ma układy z Jonesem. Kto wie, jakie. Nie jest kimś bez czarnej historii, tak samo, jak i my.
- Tak samo, jak i my - westchnął. Potem rozmowa ucichła, nie słyszałem już nic. Być może zorientowali się, że nie są sami, a ktoś perfidnie wyłapuje każde ich słowo, każdy szept.
   Przewróciłem oczami i odszedłem od drzwi, postanawiając trochę się ogarnąć. Trochę, czyli w tym wypadku przeczesać palcami krucze włosy i nałożyć coś na siebie. Rutyna przemawia do mnie każdego dnia, a ja potulnie jej słucham.
   Zimna woda, której krople znalazły się na mojej twarzy, zdołała rozbudzić mnie do reszty, Zamrugałem kilkakrotnie oczami i spoglądnąłem w niewielkie lustro.
- Jebać to - skwitowałem i wyszedłem z kajuty. W chwilę potem poczułem jak owiewa mnie dość przyjemny, ciepły wiatr. Wplątał się w kosmyki włosów, układając je na swój artystyczny sposób. Taki artyzm bez artyzmu. Zawsze tak było.
   Rozejrzałem się po pokładzie, chcąc ogarnąć wzrokiem wszystko, co napotkam na swojej drodze. Ku mojemu zdziwieniu, dzisiaj wszyscy pracowali w zupełnej ciszy. Każdy wykonywał swój obowiązek, nie odzywając się słowem do nikogo. Gdyby zastanowić się nad tym dłużej, mi to nawet na rękę. Przynajmniej nie muszę wysłuchiwać ich ciągłego narzekania na wszystko i wszystkich dookoła. A w szczególności na moją osobę, którą wprost uwielbiają.
- Kapitanie..
Nagle tuż za sobą usłyszałem lekko drżący i niepewny głos. Odwróciłem się, mierząc wzrokiem pokładowego informatora. Moja mimika twarzy ani na chwilę nie zmieniła się, ukazując jedynie względną obojętność i jakże ciekawe zainteresowanie tym wszystkim. Gestem więc nakazałem mu, aby kontynuował swoją mowę, którą sam sobie przerwał.
- Jeśli chodzi o zapasy, są w normie. Niedługo wypłyniemy na głębiny. Powinniśmy wykazać się szczególną ostrożnością, zwłaszcza, że nie mamy żadnych informacji o Krakenie.
- Kraken... - wymruczałem pod nosem, widząc przed oczami obraz tego zbereźnego potwora. Na samą myśl o jego obślizgłych mackach przypomniała mi się pewna osoba o równie parszywym obliczu. Właśnie, miałem zbierać duszę... Hm, potem się zrobi.
- Kapitanie!
- Czego znowu... - warknąłem, odwracając się gwałtownie w stronę jednego z piratów.
- Jakiś statek na horyzoncie!

sobota, 5 lipca 2014

~XVII~ Początek zapomnienia

Statek niebezpiecznie zakołysał gdy Białowłosa uderzyła głową o kant stołu, a jej nieprzytomne ciało spadło na ziemię. Zamurowało go. Patrzył jak powoli z jej skroni wypływa krew. Ledwo wyleczyła jedną ranę na głowę, a tu kolejna. Jim słysząc odgłosy kłótni ruszył w ślad za kapitanem. Gdy zobaczył dziewczynę odepchnal Shi no Tenshiego na bok.
-Coś ty zrobił!?
Milczał.
-Chodzi ci o pokład? Ja go sprzątam! Daj jej wreszcie spokój...
W oczach miał niebezpieczne iskierki, czekał tylko na okazje by zabić fałszywego kapitana. Wziął ją delikatnie na ręce i położył w swojej "kajucie".

Słońce powoli chowało się pozwalając nocy zapanować nad wodami i lądem. Chmury leniwie płynęły po niebie obserwując tych wszystkich ludzi, lekki wiatr wplatał się we włosy piratów przeszkadzajac ukończyć pracę. Mgła otaczała statek czyniąc go niewidocznym.

-Co z panią Kapitan? - Harry kołysał się na stołku bawiąc własnymi palcami.
-Na razie jest nieprzytomna... Opatrzyłem ranę, ale nie wygląda to za ciekawie...
-Nie martw się Jim.. -Billy dokończył swój przgdzialowy sucharek - ten statek się na nim zemsci...

czwartek, 5 czerwca 2014

~XVI~ Znów płyniemy

Zamknąłem klapę, zabierając tym samym z mojego tajnego miejsca ciepłe promienie słońca. Ostatni raz rzuciłem okiem na wyspę, po czym wolnym krokiem ruszyłem w stronę statku. Wiedziałem, że na wyspie nie jestem po raz ostatni i jedyny. Jeszcze tu wrócę. Choćby znów stanę się jej gubernatorem po wszech czasy i będę pił rum, aż do utraty przytomności i śpiewał pirackie pieśni, hej.
- Kapitanie, wszystko gotowe do wypłynięcia – oznajmił jeden z marynarzy, wtaszczając na pokład jedną z ostatnich skrzyń z ładunkiem. Posłałem mu ukradkowe spojrzenie i kiwnąłem tylko głową na znak, że całkowicie rozumiem przekaz.
     Po drewnianej, trzeszczącej nieprzyjemnie kładce, wszedłem na pokład. Rozejrzałem się uważnie, omiatając wzrokiem cały statek wraz z załogą. Czegoś mi brakowało. Dokładniej kogoś. Kogoś, kto od początku nie budził we mnie zaufania, był zbędnym balastem, a na dodatek – kobietą. Kobieta na pokładzie przynosi pecha. Teraz już wiem, dlaczego to właśnie je wyrzucano za burtę.
- Gdzie.. ona.. jest – wysylabizowałem, kładąc nacisk na każde słowo. Zachowywałem jednak przy tym do przesady anielski spokój i cierpliwość. Dość dziwne zjawisko, jednak nie chciałem denerwować się bezpodstawnie już na samym początku pojawienia się na statku po przeczesywaniu wyspy.
- Jaka ona? – spytał Jim, kręcąc się przy linach.
- Czyli nikogo takiego, kto miał tu być nie widziałeś? A może nie zauważyłeś braku osoby płci żeńskiej?
Chłopak wzruszył ramionami, a jego mina była tak tępa, jak noże w kuchni. Machnąłem lekceważąco ręką, mrucząc coś pod nosem. Nie chcąc tracić więcej czasu skierowałem swe kroki w stronę drzwi prowadzących pod pokład.
- Tam nie!... – z jego gardła wydobył się głośny krzyk, który po chwili umilkł. Spoglądał na mnie wielkimi oczami, z których dało się wyczytać więcej, niż z gestów i ruchu ciała.
- Nie? – spytałem, przeciągając ostatnią literę. – Dlaczego niby?
Jim nie odpowiedział. Zamilkł, mrużąc zielone oczy i zacisnął pięści sprawiając, że jego ręce zadrżały. Prychnąłem cicho pod nosem, wiedząc, że i tak nie odezwie się już ani słowem. Powiedział, a raczej pokazał mi za dużo, abym mógł się teraz wycofać.
     Uchyliłem drzwi prowadzące do kuchni i stanąłem w progu, przyglądając się siedzącej na krześle dziewczynie. Gdy zauważyła mnie, wzdrygnęła się ledwo widocznie, blednąc nieco na buźce.
- Wolne? – spytałem krótko. – No, da się zrozumieć. Życie jest teraz takie ciężkie… - westchnąłem. Czułem na sobie jej wzrok, pełen niezrozumienia. Niezrozumienia i czegoś jeszcze. Ja natomiast tłumiłem w sobie złość.
- Daj mi wreszcie spokój, do cholery! – wybuchnęłam nagle, gwałtownie wstając z krzesełka, które pod wpływem siły prawie, że spotkało się z podłogą.
- Ja? Przecież ja ci nic nie robię. Ja tylko rozkazuję ci, abyś wykonywała swoje obowiązki.
- Właśnie, dobre określenie „rozkazujesz”!
- Nie wkurzaj mnie, śliczna – warknąłem, powoli tracąc spokój ducha. Ona jednak nadal swoje. Kobiety.
- Zamknij się wreszcie! – szybkim krokiem znalazłem się przy niej i złapałem za nadgarstek, uniemożliwiając ruch. Białowłosa na przekór mi zaczęła się wyrywać i szarpać. W końcu sam nie wytrzymując – puściłem. Chyba to nie był najlepszy pomysł…