- Kapitanie, wszystko gotowe do wypłynięcia – oznajmił jeden z marynarzy, wtaszczając na pokład jedną z ostatnich skrzyń z ładunkiem. Posłałem mu ukradkowe spojrzenie i kiwnąłem tylko głową na znak, że całkowicie rozumiem przekaz.
Po drewnianej, trzeszczącej nieprzyjemnie kładce, wszedłem na pokład. Rozejrzałem się uważnie, omiatając wzrokiem cały statek wraz z załogą. Czegoś mi brakowało. Dokładniej kogoś. Kogoś, kto od początku nie budził we mnie zaufania, był zbędnym balastem, a na dodatek – kobietą. Kobieta na pokładzie przynosi pecha. Teraz już wiem, dlaczego to właśnie je wyrzucano za burtę.
- Gdzie.. ona.. jest – wysylabizowałem, kładąc nacisk na każde słowo. Zachowywałem jednak przy tym do przesady anielski spokój i cierpliwość. Dość dziwne zjawisko, jednak nie chciałem denerwować się bezpodstawnie już na samym początku pojawienia się na statku po przeczesywaniu wyspy.
- Jaka ona? – spytał Jim, kręcąc się przy linach.
- Czyli nikogo takiego, kto miał tu być nie widziałeś? A może nie zauważyłeś braku osoby płci żeńskiej?
Chłopak wzruszył ramionami, a jego mina była tak tępa, jak noże w kuchni. Machnąłem lekceważąco ręką, mrucząc coś pod nosem. Nie chcąc tracić więcej czasu skierowałem swe kroki w stronę drzwi prowadzących pod pokład.
- Tam nie!... – z jego gardła wydobył się głośny krzyk, który po chwili umilkł. Spoglądał na mnie wielkimi oczami, z których dało się wyczytać więcej, niż z gestów i ruchu ciała.
- Nie? – spytałem, przeciągając ostatnią literę. – Dlaczego niby?
Jim nie odpowiedział. Zamilkł, mrużąc zielone oczy i zacisnął pięści sprawiając, że jego ręce zadrżały. Prychnąłem cicho pod nosem, wiedząc, że i tak nie odezwie się już ani słowem. Powiedział, a raczej pokazał mi za dużo, abym mógł się teraz wycofać.
Uchyliłem drzwi prowadzące do kuchni i stanąłem w progu, przyglądając się siedzącej na krześle dziewczynie. Gdy zauważyła mnie, wzdrygnęła się ledwo widocznie, blednąc nieco na buźce.
- Wolne? – spytałem krótko. – No, da się zrozumieć. Życie jest teraz takie ciężkie… - westchnąłem. Czułem na sobie jej wzrok, pełen niezrozumienia. Niezrozumienia i czegoś jeszcze. Ja natomiast tłumiłem w sobie złość.
- Daj mi wreszcie spokój, do cholery! – wybuchnęłam nagle, gwałtownie wstając z krzesełka, które pod wpływem siły prawie, że spotkało się z podłogą.
- Ja? Przecież ja ci nic nie robię. Ja tylko rozkazuję ci, abyś wykonywała swoje obowiązki.
- Właśnie, dobre określenie „rozkazujesz”!
- Nie wkurzaj mnie, śliczna – warknąłem, powoli tracąc spokój ducha. Ona jednak nadal swoje. Kobiety.
- Zamknij się wreszcie! – szybkim krokiem znalazłem się przy niej i złapałem za nadgarstek, uniemożliwiając ruch. Białowłosa na przekór mi zaczęła się wyrywać i szarpać. W końcu sam nie wytrzymując – puściłem. Chyba to nie był najlepszy pomysł…